Ho! Ho! Ho! Motherfuckers! Nadchodzi gwiazdka, wigilia Bożego Narodzenia, skondensowany wyrzut sumienia dla wszystkich singli świata. Kilka dni w roku, kiedy nie ma za bardzo jak uciec od faktu, że mimo że jesteśmy piękni, prawie młodzi, mamy super prace, domy, kredyty, biegamy pieprzone maratony, wpieprzamy ostropest, ćwiczymy jogę i spędzamy nieprzyzwoite ilości czasu z innymi singlami, to jednak jesteśmy sami. Naszą samotność najlepiej widać na tle wielodzietnych rodzin zakładanych przez rodzeństwo, kuzynostwo, czy nawet cholernych sąsiadów. Może samotność to za ciężkie określenie, może raczej „bycie samemu”? Albo lepiej! Niezależność! Suwerenność! Gwiazdka… cholerne kilka dni kiedy ciężko nawet samemu sobie udowodnić te wszystkie zalety funkcjonowania pozazwiązkowego, w które wierzymy na co dzień. Bo łatwiej być twardym, gdy nie czuje się na sobie pełnego politowania wzroku rodziny.

W dzieciństwie czekało się na święta przez cały rok. Gdy święta mijały, człowiek był zrozpaczony, zaczynał odczuwać pustkę i niesprawiedliwość. Nie chodziło przecież tylko o prezenty, prawda? Coś tam jeszcze było, coś magicznego. Tylko już kompletnie nie potrafię sobie przypomnieć, co to było.

Reklamy
Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Raport mniejszości

Czuję się ostatnio coraz bardziej oderwany od rzeczywistości. Boję się tego, bo przestaje mi na czymkolwiek zależeć. Kiedyś pomyślałbym, że to dobry objaw – nie zależy, więc nie ma przywiązania, nic człowieka nie kotwiczy, nie zniewala. Ale to nieprawda. Człowiek, któremu na niczym nie zależy, jest w jakiś sposób ułomny. To nie jest wcale wolność. To ucieczka od świata.

Nie staram się na razie niczego na siłę zmieniać. Obserwuję sam siebie. To strasznie dziwne uczucie, trochę jakby… schizofreniczne. Ale myślę, że tak jak otępienie samo przyszło, tak i przywiązanie samo przyjdzie. Wciąż nie mogę do końca zrozumieć jak to się stało, że tak szybko otrząsnąłem się po ostatnim związku, który jak na mnie był całkiem długi. Może po prostu związki przestały mieć takie kluczowe znaczenie w moim życiu. A może raczej nauczyłem się nie poddawać temu zranieniu, jakie zwykłem przypisywać rozstaniom. Coś w tym jest, że to wyłącznie my sami decydujemy o tym, jak bardzo pozwalamy się ranić.

Nabieram ostatnio cech autystycznych. Sam się z tego trochę w duszy śmieję, ale jak zacząłem o tym więcej czytać, to się zacząłem zastanawiać. Kto wie, może jestem pierwszym znanym medycynie przypadkiem człowieka, który dopiero po 30-tce rozwinął w sobie zespół Aspergera. Coraz więcej się zgadza. Ludzie mnie często irytują. Denerwuje mnie dotyk, zwłaszcza ludzi z rodziny, którzy nie wiedzieć czemu nagle na starość wszyscy się robią podejrzanie serdeczni i mili. Serio, to mi zawsze odpowiadało w mojej rodzinie – brak przesady w okazywaniu sobie uczuć. Zawsze bardzo zżyci ze sobą, ale bez przesadyzmu w formie i okazałości. A teraz nagle chcą się cholera przytulać, nie mogą przejść koło mnie, żeby mi nie położyć ręki na ramieniu, albo poklepać. A mnie to tak wkurwia… Albo jak słyszę, jak mój ojciec stuka zębami podczas jedzenia. Delikatne, ledwo słyszalne puknięcia, które w mojej głowie rozbrzmiewają jak wybuchy granatów hukowych. Albo śmiech mojego brata (ja kocham mojego brata nad życie, proszę mnie źle nie zrozumieć). Ale jego histeryczne zaśmiania zaczęły mnie wkurwiać. Po prostu. Nie wiedzieć kiedy i nie wiedzieć czemu zawęziło mi się pole tolerancji na takie rzeczy.

Skupiam się na sobie. Widzę że ciało przyzwyczaja się już do regularnych ćwiczeń i treningów kalisteniki. Dalej najciężej znoszę rozgrzewkę, na której mam za każdym razem wrażenie, że serce wyskoczy mi w pewnym momencie z klatki piersiowej. I dieta. Działa. Powoli, tak jak powinna, ale działa. Nie ma jeszcze takich efektów, żeby taki maruda jak ja mógł być z siebie dumny, ale są wystarczające, żeby kontynuować i nawet dołożyć do tej kontynuacji odrobinę wiary i nadziei. A tego mi ostatnio brak.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Żółty szalik

W niedzielę zakończyłem mój cykl wyniszczających, męskich zachowań, stanowiących swego rodzaju podsumowanie kolejnego rozdziału w moim życiu. Zasypiałem autentycznie wyczerpany, zmaltretowany i zdołowany. Moim remedium na taki stan niezmiennie jest mocne postanowienie poprawy i snucie sobie wizji lepszej przyszłości, pełnej samodyscypliny, zdrowej żywności, porannych treningów kalisteniki, prasowania sobie koszul do pracy itd. Mój mózg tak już działa – jak czuje granicę wyniszczenia emocjonalnego, tworzy przyjemne wizje, jako mechanizm obronny. Potem oczywiście nadchodzi ten legendarny poranek dnia drugiego i choć budzik mam nastawiony na 5:30 (żeby pobiegać, poćwiczyć, ogolić się, wypić w domu dobrą kawę zamiast mazutu w pracy, posłuchać radia, zrobić sobie zdrowe żarcie na cały dzień do pracy), to jestem tak skacowany i zmęczony, że ostatecznie wyczołguję się z wyra o 6:50, myję wybrane, najbardziej reprezentatywne fragmenty ciała, ubieram co tylko znajdę i spóźniam się 15 minut do roboty. I tak sypie się u swego zalążka cały misterny plan poprawy, wychodzenia na prostą, osiągania swojego maksymalnego potencjału itd. itp. Bo jak w poniedziałek rano się nie udało, to przecież bez sensu dalej próbować. Taka logika nałogowca bez silnej woli. Mój cholerny „żółty szalik”.

W ten poniedziałek było inaczej. Wstałem, zrobiłem trzy serie pompek, ogoliłem się, ubrałem jak człowiek, a potem przez cały dzień nic nie jadłem. Potrzebowałem tej głodówki, aby się oczyścić ze wszystkich zbrodni żywieniowo-używkowych z ostatnich dni. Ale ważniejsze było chyba udowodnienie samemu sobie, że wciąż potrafię wykrzesać z siebie taki rodzaj mobilizacji. Przez ostatnie lata moim życiem zawładnęła hedonistyczna potrzeba żarcia. Cieszenia się smakami. No nic, w poniedziałek udało się nic nie zjeść. I dopiero wieczorem, gdy przygotowywałem kolację synowi, a w kuchni rozniósł się zapach świeżego chleba, sera i ogórków, poczułem że jestem głodny. To nie był mocny głód, na mocny głód potrzebowałbym przy moich „zapasach” pewnie ze trzech dni głodówki. To był mały, pluszowy głodzik z telewizyjnych reklam, który dałoby się znokautować serkiem homogenizowanym. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że od wielu lat nie zaznałem tego uczucia. Nawet ciekawe.

Jem sałatki, serki odtłuszczone, razowy chleb z łososiem. Kalafiorka. Rano ćwiczę, wieczorem nie chleję. Czuję potrzebę jakiegoś odcięcia się od poprzedniego rozdziału w życiu, bo inaczej popadnę w marazm, schowam się w siebie, zahibernuję. Widzę też, że muszę być sam dla siebie bardziej wyrozumiały. Jestem w takim wieku, że jeśli ja się sam sobą nie zaopiekuję, to inni już tego za mnie nie zrobią. Inni mogą mnie już tylko ładnie pochować. Jestem sam, muszę być dla siebie. Staram się to wszystko traktować jako punkt wyjścia. Dobre określenie – wyjścia. Ze swoich ograniczeń.

Nie mam w to wszystko jeszcze wiary. Wiara mi ostatnio wypłowiała. Ale wróci. Muszę po prostu dopilnować swoich nowych rutyn. Reszta się ułoży. Żółty szalik.

Opublikowano Uncategorized | 3 Komentarze

Podryg „męskości”

Piłem przez sześć ostatnich dni. W poniedziałek wieczorem piłem na wesoło z sąsiadem, choć też w poczuciu konspiracji, bo moja dziewczyna nie lubiła, gdy piłem wódkę. Nie przystoi gentlemanowi. We wtorek dziewczyny już nie miałem, więc i konspiracja przestała być potrzebna. We wtorek przyłożyłem. Whisky i resztka szampana urodzinowego. Niedobry zestaw, rano myślałem że serce wyskoczy mi z klatki piersiowej. W środę wino. Po winie zawsze mam złe sny, budzę się w nocy z kołatającym sercem, jakby mnie ktoś gonił. W czwartek wódka z sąsiadem. Sąsiad mój to dobroduszny człowiek o nieskomplikowanej psychice, którego uniwersalną poradą w każdej sytuacji życiowej jest butelka wódki. Po wódce padam na łóżko, śpię jak kamień i nic mi się nie śni. A przed zaśnięciem czuję w sobie moc do zmieniania świata i siebie. Po czwartku nadszedł piątek i kolejne pożegnanie mojego byłego szefa. Było whisky, piwo, jakieś drinki. Potem kolega ukradł z baru Jim Beana jabłkowego (wtf?!?!?) i zaczęło się robić mgliście. Kiedy imprezowicze postanowili się przenieść do Sody w poszukiwaniu idealnych żon i legendarnych doznań, ja swoim zwyczajem wyszedłem nie żegnając się i skierowałem chwiejny krok do domu.

Czuję, że wypełnia mnie cholerne rozgoryczenie i złość. Gdzieś w tle pewnie i smutek, ale przede wszystkim złość. Chyba na siebie samego. Znów powtórzyłem schemat. Dałem od siebie wszystko, godziłem się na wszystkie warunki, kilka razy przełknąłem dumę. Jakbym się przez całe życie niczego nie nauczył. Starczyło się zachowywać jak facet. Pewnie zostałbym sam dużo wcześniej, ale przynajmniej nie czułbym się… zeszmacony. Ale na te lekcje życiowe stać mnie zawsze dopiero po fakcie.

Wypada mi chyba pozostać gentlemanem. Nie wypluwać z siebie tego wszystkiego, co miałem ochotę powiedzieć przez ostatnie miesiące. Bo to nie byłoby „z klasą”. Bo to byłaby małostkowość. Bo potwierdziłoby się wszystko to, co pewne siebie kobiety myślą o facetach, z którymi zrywają.

Najgorsza jest świadomość, że w tym wieku takie sprawy nie mają już dla ludzi dużego znaczenia. W poniedziałek uzgadniamy wspólne wyjazdy na najbliższe dwa miesiące, we wtorek nie jesteśmy już razem. A przede wszystkim… przecież nic się takiego nie stało. Jesteśmy dorośli, komunikujemy się ze sobą otwarcie, prowadzimy dialog na poziomie adekwatnym do naszego ponadprzeciętnego wykształcenia. Na „trzy-cztery” przybijamy sobie piątkę i rozchodzimy się, każde w swoją stronę. Bo to właśnie TAKIE proste.

Tyle. Mój jeden, jedyny wyrzut rozgoryczenia i smutku. Poprawiam muszkę, mankiety i wracam do bycia spokojnym gościem, którego tak wszyscy lubimy.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Alternatywa

Jest coś absurdalnego w tym, co robimy na co dzień. Przede wszystkim brak celu. Większość z nas realizuje jakieś plany, ale to są koncepcje cząstkowe, nie tworzące jakiejś finalnej całości, jakiegoś rozwiązania docelowego. Te plany nie dają nam szczęścia. Myślę, że nigdy wcześniej w historii ludzie nie mieli aż takich problemów z osiągnięciem szczęścia. Kończymy szkołę, potem następną, potem jeszcze następną – zdobywamy tytuły. Inżynier, magister, doktor, doktor habilitowany. Tytuły statystycznie przeliczalne na jakieś zarobki. Kupujemy mieszkanie, potem dom, potem dodatkowe mieszkania na wynajem, bo to mądry ponoć sposób na zabezpieczenie się na starość. Uczymy się języków obcych, adekwatnych do trendów eksportowych w kraju, bo w razie czego zwiększa to naszą „wartość rynkową”. Bardzo często dobieramy nawet uprawiane sporty tak, aby wpasować się w jakiś profil zawodowy – kierownicy i dyrektorzy chodzą na tenisa, bo kort to idealna okazja do zaprezentowania sprzętu, gadżetów, zamożności, finezji i wyczucia stylu innym kolegom po fachu. Umacniamy się w ten sposób w tej grupie. Once a manager, always a manager! Korpożuczki chadzają na siłownię i na skłosza, bo mają karty Multisport do centrów sportowych. A przede wszystkim siłownia wpisuje się dobrze w kulturę ekshibicjonizmu i gloryfikacji wiecznej młodości i witalności. Bo starzeć się nie wolno. Chodzimy na niekończące się zakupy do IKEI, nieustannie przemeblowujemy nasze domy, dążąc do jakichś podsuwanych przez portale Internetowe, nieistniejących ideałów. I chcemy wciąż więcej, więcej i więcej. Obżeramy się na potęgę, albo fastfoodami, albo wymyślnymi daniami, na które nas prawie nie stać, ale dają nam chwilowe poczucie lepszości. Zalewa nas plaga otyłości, podczas gdy trzy czwarte globu głoduje. Jedyne co nas motywuje do rozwoju to pieniądze. To ciekawe w ogóle… człowiek przez wszystkie lata ewolucji nie potrafił wymyślić ŻADNEGO systemu, który motywowałby wszystkich członków społeczności do rozwoju (chociażby na miarę ich możliwości, nie wszyscy musimy być Michałami Aniołami), do tworzenia rzeczy pięknych, ambitnych i zmieniających świat na lepsze. Jedyny środek, który uniwersalnie napędza nas do jakiegokolwiek rozwoju, który udało nam się stworzyć, to pieniądz. Pieniądz, który sortuje nas na kategorie, pieniądz który daje nam poczucie bezpieczeństwa lub strachu, pieniądz który sprawia, że każdego dnia rano idziemy do pracy, siadamy do komputerów i powtarzamy te same schematy, które wypracowaliśmy wieki temu. Jako społeczeństwo nie robimy praktycznie żadnych kroków na przód. Może jedynie przystrajamy niewolnictwo, w którym tkwimy, w coraz bardziej znośne, niezauważalne ramy. Przecież pieniądz od czasów systemu w Bretton-Woods, kiedy to zniesiono pokrycie waluty w rezerwach złota, sam w sobie nie ma już żadnej wartości. Dawniej miał przynajmniej pokrycie w drogocennym kruszcu, któremu z kolei można przypisać jakąś wartość. Ale teraz nie ma, jest to świstek papieru. Wypruwamy sobie więc flaki, marnujemy młodość, energię witalną, potencjał do tworzenia kreatywnych, monumentalnych rzeczy, żeby zarabiać coś, co w przeciągu kilku sekund może stracić 50% swojej wartości przez bańkę na rynku nieruchomości w Chinach.

Zawsze mam ubaw z ludzi, którzy wszędzie wietrzą teorię spiskową. Szczególnie bawią mnie osoby wierzące w jakąś „grupę trzymającą władzę”. Żydów, Masonów, Wolnomularzy czy kogo tam jeszcze. Jestem pewien, że nad tym co się dzieje na świecie nie panuje absolutnie nikt. Wystarczy że wszyscy gonimy złotego cielca. To ustawia optykę każdego człowieka na ziemi i utrzymuje z jednej strony olbrzymie napięcia, a z drugiej pewną homeostazę. Jako kilku miliardowa zbiorowość dysponująca wieloma rodzajami broni masowej zagłady jesteśmy mimo wszystko przewidywalni jak upasione chomiki w klatkach…

Pytanie czy da się od tego jakoś uciec, oszukać system. Pewnie tak. Nie uczestniczyć w nim, nie wydawać pieniędzy bez sensu. Nie brać kredytów. Uczyć się przydatnych rzeczy, nie wiem… rozpalania ognia w deszczu, gotowania zup na dżdżownicach i korze brzozowej. Strzelania z łuku, tak na wszelki wypadek 🙂 Murowania, budowania z drewna, oprawiania skór, peklowania, kiszenia i pasteryzacji. Szydełkowania, dziergania, haftowania i sznycerki. (hehe… słownik w Wordzie już nawet nie rozpoznaje słowa „sznycerka” ani „sznycerz”). Nie budujmy ogrodzeń, nie stawiajmy płotków, poznawajmy sąsiadów, pomagajmy sobie. Sami gotujmy nasze posiłki, a jak się da, to sami hodujmy co się da. Zioła, warzywa. Do tego naprawdę nie potrzeba wiele. Skoro tysiące młodych Polaków potrafiło się pod wpływem sezonowej mody nauczyć warzenia piwa, to taki mały warzywniak powinien być dla nas wszystkich pestką. W centrum Detroit, miasta które przed wojną generowało prawie 25% PKB Stanów Zjednoczonych, a które kryzys finansowy wywołany upadkiem banku Lehman Brothers niemal zmiótł z powierzchni ziemi, młodzi ludzie przejmują za symbolicznego dolara nieruchomości i w przydomowych ogródkach zakładają mini farmy. W centrum jednego z największych miast świata! Bo nie chcą już być częścią tego systemu. Można? Yes, we can!

W poniedziałek mój syn zbuduje pod moim okiem swój pierwszy karmnik dla ptaków. Łatwo jest dziecku odebrać komórkę/tablet czy inne gówno. Sztuka to stworzyć mu atrakcyjną alternatywę.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Dojrzałość

Kilka tygodni temu najlepsza tłumaczka w moim zespole oznajmiła mi, że rezygnuje z pracy. Zrobiła to w swoim stylu: bezczelnie, z nutką drwiny, a jednocześnie bardzo uroczo i chaotycznie. Zameldowała mi również, że nie muszę się obwiniać jej odejściem, bo do mnie nic nie ma, a powody jej rezygnacji są z grubsza ujmując następujące: przesyt czucia się jak kretynka, ilekroć tłumaczyła rozmowy naszej firmy z klientem z Niemiec (nie ona pierwsza czuła się na takich rozmowach jak rzecznik osoby z ciężkim upośledzeniem psychicznym, może po prostu cała reszta pracowników się do tego przyzwyczaiła), brak motywacji i potrzeby do dalszego zarabiania pieniędzy (ma dobrze zarabiającego narzeczonego w swoim rodzinnym mieście, więc postanowiła zacząć z tego korzystać i skupić się na pielęgnacji swojej urody i różnorakich pasji życiowych), a ponad wszystko niecierpi Bydgoszczy i nie przewiduje w przewidywalnej przyszłości tego zmieniać. Słuchałem jej wypowiedzenia urzeczony, bo po pierwsze jest to osoba chaotyczna i młoda (26 lat dopiero), po drugie ładna, atrakcyjna w jakiś dziwny, ostry, nietuzinkowy sposób (choć może jest to po prostu wrażenie urodziwości na tle codziennej pracy z setkami facetów), po trzecie bo z taką łatwością mówi, że szkoda jej życia na zarabianie pieniędzy, skoro w tym czasie może robić mnóstwo innych rzeczy, a nie koniecznie spłacać kredyty i budować sobie życiorys zawodowy. Taka gruba rybka wśród przedstawicieli pokolenia „Y” albo „X” (różne literatury podają różnie, widziałem nawet określenie „Pokolenie Uummmm”, „Pokolenie Thaaaa” albo „Pokolenie Millenials”) – odważna, zmienna, oczekująca uznania i docenienia tu i teraz, zanurzona w chwili, bez wyraźnego planu na przyszłość (rozumianą nawet jako „to coś po weekendzie”), szybko się nudząca, nie uznająca autorytetów (co jak widzę stanowi chyba największy problem dla pracowników z dużym stażem), a przy tym bystra, znająca doskonale trzy języki obce, świadoma swojej wartości (będącej głównie pochodną całej masy komplikacji dla firmy w przypadku jej odejścia) no i wyróżniająca się. To dla nich podstawa – bycie nietuzinkowym, chodzącym afiszem niezależności i bezkompromisowości.

Lubię takich ludzi. Kiedyś lubiłem się z nich nabijać, postrzegając ich jako nieprzygotowanych do życia ryzykantów, którzy prędzej czy później muszą dostać w kość. Ale się myliłem. To oni mają rację. Ani życie nie daje im w kość, wręcz przeciwnie – rzucając się w różne historie uczą się, hartują charaktery, uniezależniają się. Nabierają poczucia własnej wartości, które w codziennym życiu okazuje się dużo cenniejsze i przydatniejsze, niż faktyczna „wartość” człowieka. To jest godne podziwu.

Przez ostatni weekend miałem wreszcie możliwość przemyślenia wielu spraw. Ostatnio tyle myślałem o samym sobie na Islandii. Chyba kwestia zapewnienia odpowiednich warunków: odseparowanie od telefonii komórkowej, wszechotaczający brak hałasów pochodzenia ludzkiego, zapierająca dech w piersiach natura. I gwieździste niebo. Heh, zawsze gdy widzę blask gwiazdy na niebie i uświadamiam sobie, że jest spora szansa, że ta gwiazda już nie istnieje i tylko pozostała po niej fala elektromagnetyczna wciąż pruje przez przestrzeń kosmiczną z prędkością 300000 km/s, przypominam sobie jak mało czasu mam na życie. Jakim błędem i głupotą jest zmarnowanie choćby sekundy.

Jest jak jest. Koniec końców wszyscy jesteśmy mniej lub bardziej sami. Chwilami mamy się na kim oprzeć, ale to tylko chwile. W dłuższej perspektywie ile by człowiek nie dał od siebie, pozostaje sam i tylko sobie samemu jest winien bezwarunkową miłość.

Jak się nad tym głębiej zastanowić, to jest to odrobinę smutne, ale przede wszystkim krzepiące.

 

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

O pracy, rodacy

Ostatnie dwa lata mojego życia były dla mnie wspaniałe. Naprawdę. Był to okres oczyszczający, wypełniony pracą, realizacją celów i postanowień, okres kształtujący i formujący dla mnie jako faceta, a nawet szerzej – jako człowieka. Trochę nieświadomie oparłem te dwa lata o nową pracę, która dała mi bardzo wiele: stabilność finansową, możliwość prawdziwego zarządzania ludźmi, wyznaczania strategii. Rzeczy w których jestem dobry. Dała mi też odrobinę prestiżu, a przynajmniej poczucie prestiżu, wynikające na przykład z udzielania wywiadów w imieniu firmy, z kreowania kontaktów z ważnymi osobami z otoczenia biznesu. Wspaniałe uczucie. Pozwoliło mi trochę zrozumieć to, czego nie mogłem nigdy zrozumieć w moim ojcu – dlaczego on zawsze aż tak kochał pracę. To nie jest żaden pracoholizm, to kwestia pełnego, świadomego realizowania się w tym.

Niestety ja tak nie mam 🙂 Po przepracowaniu równo dwóch lat zaczynam odczuwać te same rzeczy, które odczuwałem w dużo większej skali w poprzedniej pracy: wypalenie, znużenie, narastającą frustrację i tendencje do wybuchania. Powody są inne niż w poprzedniej pracy, ale efekt jest przerażająco podobny. Oczywiście jest o kilka lat starszy, nauczyłem się szanować to, co w życiu mam i na pewno nie będę igrał z moją obecną pracą. Muszę sobie po prostu ustawić odpowiednio własną optykę, postrzeganie życia zawodowego.

Nie jestem częścią niczego nadprzyrodzonego, to na pewno. Nie przykładam cegiełki do pomnika trwalszego niż ze spiżu. Nie zmieniam świata. Wy się możecie śmiać, ale ja jeszcze rok temu trochę żyłem w takim poczuciu. Że może nie jestem jakimś tam Stevem Jobsem, ale przynajmniej jego asystentem. Albo asystentem jego asystenta. No więc nie jestem. Widzę również, że moje dołączenie do firmy nie zmieniło jej w jakiś niezwykły albo chociaż widoczny sposób. Raczej powiedziałbym, że nabrałem w tej firmie swego rodzaju profesjonalnej ogłady, podobnej do tej, której nabiera nawet najpiękniejszy i najoryginalniejszy kamień na dnie koryta rzeki, tępiony przez całe gówno, które ta rzeka ze sobą niesie. Ale to dobrze, dla dojrzałej organizacji nie ma nic bardziej zabójczego, niż zapalony neofita ze szczerymi chęciami 🙂

Pozostaje mi zacisnąć mocno zwieracze, przyzwyczaić się do gryzienia się w język, uśmiechania i mówienia tak bez żadnego „ale”. I bardzo dobrze. Od tego tu jestem, za to mi płacą.

Trudno chyba znaleźć złoty środek pomiędzy życiem pracą a filozofią odbijania karty. Na pewno jednak życie jest zbyt fajne, żeby je marnować na pracę w zakresie większym, niż zdrowo-rozsądkowe minimum.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz