Dobra zmiana

Zbliżam się powoli do mojego absolutnego rekordu wagowego, czyli 118 kg. W poniedziałek na wadze wybiło 116,9 kg i mam solidne podstawy, żeby sądzić, że to nie jest problem z wagą. Postanowiłem upamiętnić ten moment i zrobić z niego taki milestone mojego dorosłego życia. Chcę koniecznie uwiecznić dokładnie tą chwilę – nie tylko „dane techniczne”, ale przede wszystkim mój stan ducha. Tak, to chyba właściwe określenie.

Wiele razy już sobie robiłem takie przełomowe postanowienia, stawiałem w życiu cezury, które miały zamieść pod dywan lata złych nawyków i cudownie wprowadzić moje życie w epokę pogłębionej świadomości, zdrowia i ciała atlety. Celowo piszę o moim życiu w oderwaniu ode mnie, bo za każdym razem właśnie w tym pogrzebana była bezsensowność całego przedsięwzięcia. Ja tego nie robiłem nigdy dla siebie. Robiłem to dla rodziców, którzy się martwili, dla kobiet, za którymi się uganiałem, dla kierowników, żeby lepiej wyglądać w obiektywie kamery. A dla siebie… no cóż, nie oszukujmy się… dla siebie to ja wpierdalałem aż mi się uszy trzęsły. Po latach doszukiwania się jakiegoś głębszego podtekstu psychologicznego stwierdzam, że za faktem, że wpieprzam potężne ilości jedzenia wszelakiego kryje się jedynie szczera miłość do smaków. Obecnie może jeszcze powiększony żołądek, który w tej chwili jest już przystosowany do przemysłowego przetwarzania żywności.

Na początek obiektywne fakty. Mam 187 cm, ważę 116,9 kg. Współczynnika BMI nie ma sensu nawet obliczać, lepiej też nie zadręczać się stanami chorobowymi, związanymi z tym przedziałem otyłości. Według WHO moja waga normalna (nie idealna, tylko normalna!) kończy się na (sic!) 87,4 kg. Nie będę sobie ustalał takiego celu, bo to droga do dużego rozczarowania. Moim celem jest zejście do dwóch cyfr. A zatem 17 kg do zrzucenia.

Zastanawiam się, jak najlepiej opisać mój stan ducha. Nie jestem przybity, nie mam zapędów depresyjnych ani autodestruktywnych, uważam moje życie za umiarkowanie szczęśliwe, choć toczące się bez większego celu. Na tą chwilę nie uważam również, aby większy cel był mi do czegoś potrzebny. Krótko mówiąc, nie czuję, abym zajadał jakieś smutki czy problemy. Patrząc historycznie jestem chyba u szczytu pewności siebie i samczo-dobrego poczucia. Z jakiegoś względu, jakby na przekór temu, co zawsze sam o sobie myślałem, płci przeciwnej najwyraźniej nie przeszkadza moja waga, kobiety autentycznie do mnie lgną. Czasem myślę, że może to mieć związek z pracą, stanowiskiem, rozpoznawalnością w firmie, ale chyba nie. Mam przynajmniej nadzieję, że nie. Aż takiej kariery jeszcze nie zrobiłem. Na pewno wpływ na to ma też czas i nieuchronne dystansowanie się do wszystkiego. Pewność siebie to zawsze w pewnym stopniu pochodna umiejętności odcięcia się od potencjalnych problemów, zagrożeń, konsekwencji niepowodzeń. Mi to ostatnio wychodzi nader dobrze.

Fizycznie nie jest niestety już tak kolorowo. Mam problem ze spaniem, a nawet jak uda mi się jakoś sensownie zasnąć i przespać noc, rano budzę się obolały i niewyspany. Wiem, że to tak nie działa, ale czuję się zupełnie jakby zbyt ciężkie elementy mojego ciała naciskały na inne części ciała i prowadziły do ogólnego „posiniaczenia”. Do problemów ze stawami kolanowymi się już przyzwyczaiłem. Autentycznie nie pamiętam sytuacji, żeby po siatkówce, bieganiu, a nawet basenie, nie bolało mnie przynajmniej jedno z kolan. Ale to mi serio nie przeszkadza, to nie są bardzo uciążliwe dolegliwości. Najgorszy jest ciągły brak energii i poczucie zmęczenia. Zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem nie mam jakiegoś choróbska. Było nie było, trochę się przez ostatni rok szlajałem… Ale kwitek z RCK mówi, że jestem czyściutki jak łza. Więc problem musi leżeć w kilogramach. Bardzo dużym problemem jest też w tej chwili pocenie się. Pocę się praktycznie przy każdej aktywności. Wchodzenie po schodach, grabienie liści, koszenie trawnika – to wszystko nie są ciężkie prace, a ze mnie cieknie jak z konewki. I przede wszystkim czuję się po prostu słaby. Brak mi fizycznej siły. Moje ciało potrzebuje dużo więcej czasu, żeby się „rozkręcić”. Ostatnio doświadczyłem tego, obkopując mur piwniczny. Chyba najcięższa możliwa praca – wykopywanie szpadlem gliny wymieszanej z gruzem. Ja lubię taką prostą, ciężką, fizyczną robotę, jednak już na samym początku dostałem zadyszki a pot lał się ze mnie tak, że zalewał mi okulary. Dopiero po godzinie pracy organizm wszedł na obroty, przestał się tak wylewnie pocić, przestałem też odczuwać zmęczenie.

Bieganie w tej chwili jest dla mnie praktycznie niemożliwe. Oczywiście biegam 1-2 w tygodniu, ale to jest bardziej droga krzyżowa. Z przystankami, upadkami i męczeństwem. W tej chwili dystans 3 km muszę rozkładać na dwie raty. Większe dystanse są niemożliwe.

Basen idzie mi dobrze, właściwie nic się tu nie zmieniło. W 36 minut przepływam spokojnym tempem 50 długości.

Zupełnie odpuściłem kalistenikę i marzenia o crossficie. Nie mam na to zwyczajnie siły, a w przypadku crossfitu dodatkowym problemem jest potężne obciążenie kolan. Wrócę do tego po zejściu poniżej 100 kg.

Jeżdżę sporo na rowerze. Widzę jednak, że nawet dystanse na poziomie 15-20 km nie wpływają jakoś diametralnie na moje ciało, wagę i wydolność. Rower może być najwyżej uzupełnieniem diety i ćwiczeń siłowych.

Wszystko to wpływa oczywiście na bardzo praktyczne aspekty mojego życia, takie jak choćby garderoba. Po ostatnim remanencie doszedłem do tego, że mam w garderobie 5 garniturów, z których żaden już na mnie nie pasuje. Mam jeden, granatowy, który będzie dobry poniżej 110 kg. Kolejny, również granatowy, będzie dobry najwcześniej przy 105 kg. Ale na tym mi jakoś specjalnie nie zależy, zawsze miał zbyt intensywny kolor, a do tego jest już naprawdę mocno sfatygowany. Potem są dwa zajebiste garnitury, jeden szary, drugi granatowy, które będzie mógł nosić w przedziale 95-100 kg, ale one już mają na sobie baaaaaardzo dużo kurzu… Oprócz tego mam w szafie takie białe kruki, jak śliczne, nierozpakowane koszule z Peek&Cloppenburg, które kupiłem wiele lat temu, gdy po 4 miesiącach Dukana zszedłem do 93 kg. Ale nie zakładam raczej, że kiedykolwiek je założę.

Na tą chwilę tak naprawdę nie mam w czym chodzić. Zostały mi dwie białe koszule i dwie koszule w kratki, z czego jedna to praktycznie spadochron z wszytymi rękawami.

W ramach ćwiczenia dyscypliny postanowiłem ważyć się tylko raz w tygodniu, w poniedziałek rano. Autentycznie mam problem z tym, żeby nie sprawdzać wagi codziennie, rano i wieczorem. A to cholernie demotywujące na dłuższą metę. Anywayz… od poniedziałku 5 września zacząłem działać. Mam w sobie niestety mój płomienny zapał, który nieuchronnie zwiastuje porażkę wszelkich przedsięwzięć. Ale staram się z nim walczyć 🙂

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „Dobra zmiana

  1. MargoZen pisze:

    Odstaw gluten 🙂 Pij codziennie herbatę z czystka lub z liści białej morwy. Po 3 miesiącach zacznie się zmiana, jak organizm się oczyści.

  2. emprywatna pisze:

    mam ostatnio podobnie, choć w damskiej skali, rower, plywanie, tenis i nic: żarcia co kiedyś było ok teraz już na bank za wiele albo chemia się człeku odkłada, najpewniej metale ciężkie 😀

  3. ukaszsan pisze:

    to nie masz podobnie, bo ja się rozrosłem właśnie od braku aktywności i żarcia, a nie jakichś czynników zewnętrznych 🙂 Powiedziałbym wręcz że skoro jesz ile jadłaś i ćwiczysz, a rośniesz, to masz zdrowo przefakane. Ja mam nadzieję, że jak tylko przestanę żreć i zacznę się więcej ruszać, to na wiosnę Elite Model Look 😀

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s