Żółty szalik

W niedzielę zakończyłem mój cykl wyniszczających, męskich zachowań, stanowiących swego rodzaju podsumowanie kolejnego rozdziału w moim życiu. Zasypiałem autentycznie wyczerpany, zmaltretowany i zdołowany. Moim remedium na taki stan niezmiennie jest mocne postanowienie poprawy i snucie sobie wizji lepszej przyszłości, pełnej samodyscypliny, zdrowej żywności, porannych treningów kalisteniki, prasowania sobie koszul do pracy itd. Mój mózg tak już działa – jak czuje granicę wyniszczenia emocjonalnego, tworzy przyjemne wizje, jako mechanizm obronny. Potem oczywiście nadchodzi ten legendarny poranek dnia drugiego i choć budzik mam nastawiony na 5:30 (żeby pobiegać, poćwiczyć, ogolić się, wypić w domu dobrą kawę zamiast mazutu w pracy, posłuchać radia, zrobić sobie zdrowe żarcie na cały dzień do pracy), to jestem tak skacowany i zmęczony, że ostatecznie wyczołguję się z wyra o 6:50, myję wybrane, najbardziej reprezentatywne fragmenty ciała, ubieram co tylko znajdę i spóźniam się 15 minut do roboty. I tak sypie się u swego zalążka cały misterny plan poprawy, wychodzenia na prostą, osiągania swojego maksymalnego potencjału itd. itp. Bo jak w poniedziałek rano się nie udało, to przecież bez sensu dalej próbować. Taka logika nałogowca bez silnej woli. Mój cholerny „żółty szalik”.

W ten poniedziałek było inaczej. Wstałem, zrobiłem trzy serie pompek, ogoliłem się, ubrałem jak człowiek, a potem przez cały dzień nic nie jadłem. Potrzebowałem tej głodówki, aby się oczyścić ze wszystkich zbrodni żywieniowo-używkowych z ostatnich dni. Ale ważniejsze było chyba udowodnienie samemu sobie, że wciąż potrafię wykrzesać z siebie taki rodzaj mobilizacji. Przez ostatnie lata moim życiem zawładnęła hedonistyczna potrzeba żarcia. Cieszenia się smakami. No nic, w poniedziałek udało się nic nie zjeść. I dopiero wieczorem, gdy przygotowywałem kolację synowi, a w kuchni rozniósł się zapach świeżego chleba, sera i ogórków, poczułem że jestem głodny. To nie był mocny głód, na mocny głód potrzebowałbym przy moich „zapasach” pewnie ze trzech dni głodówki. To był mały, pluszowy głodzik z telewizyjnych reklam, który dałoby się znokautować serkiem homogenizowanym. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że od wielu lat nie zaznałem tego uczucia. Nawet ciekawe.

Jem sałatki, serki odtłuszczone, razowy chleb z łososiem. Kalafiorka. Rano ćwiczę, wieczorem nie chleję. Czuję potrzebę jakiegoś odcięcia się od poprzedniego rozdziału w życiu, bo inaczej popadnę w marazm, schowam się w siebie, zahibernuję. Widzę też, że muszę być sam dla siebie bardziej wyrozumiały. Jestem w takim wieku, że jeśli ja się sam sobą nie zaopiekuję, to inni już tego za mnie nie zrobią. Inni mogą mnie już tylko ładnie pochować. Jestem sam, muszę być dla siebie. Staram się to wszystko traktować jako punkt wyjścia. Dobre określenie – wyjścia. Ze swoich ograniczeń.

Nie mam w to wszystko jeszcze wiary. Wiara mi ostatnio wypłowiała. Ale wróci. Muszę po prostu dopilnować swoich nowych rutyn. Reszta się ułoży. Żółty szalik.

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Żółty szalik

  1. emprywatna pisze:

    widziałam Cię ostatnio jak przemykałeś parterem Focusa (ja w loży u góry)…dobrze się prezentowałeś Ci powiem…

  2. emprywatna pisze:

    wypatrywałam też czy nie spływasz w Tleniu, tam teraz lokalny browar w jednej z knajp otwarto

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s