Alternatywa

Jest coś absurdalnego w tym, co robimy na co dzień. Przede wszystkim brak celu. Większość z nas realizuje jakieś plany, ale to są koncepcje cząstkowe, nie tworzące jakiejś finalnej całości, jakiegoś rozwiązania docelowego. Te plany nie dają nam szczęścia. Myślę, że nigdy wcześniej w historii ludzie nie mieli aż takich problemów z osiągnięciem szczęścia. Kończymy szkołę, potem następną, potem jeszcze następną – zdobywamy tytuły. Inżynier, magister, doktor, doktor habilitowany. Tytuły statystycznie przeliczalne na jakieś zarobki. Kupujemy mieszkanie, potem dom, potem dodatkowe mieszkania na wynajem, bo to mądry ponoć sposób na zabezpieczenie się na starość. Uczymy się języków obcych, adekwatnych do trendów eksportowych w kraju, bo w razie czego zwiększa to naszą „wartość rynkową”. Bardzo często dobieramy nawet uprawiane sporty tak, aby wpasować się w jakiś profil zawodowy – kierownicy i dyrektorzy chodzą na tenisa, bo kort to idealna okazja do zaprezentowania sprzętu, gadżetów, zamożności, finezji i wyczucia stylu innym kolegom po fachu. Umacniamy się w ten sposób w tej grupie. Once a manager, always a manager! Korpożuczki chadzają na siłownię i na skłosza, bo mają karty Multisport do centrów sportowych. A przede wszystkim siłownia wpisuje się dobrze w kulturę ekshibicjonizmu i gloryfikacji wiecznej młodości i witalności. Bo starzeć się nie wolno. Chodzimy na niekończące się zakupy do IKEI, nieustannie przemeblowujemy nasze domy, dążąc do jakichś podsuwanych przez portale Internetowe, nieistniejących ideałów. I chcemy wciąż więcej, więcej i więcej. Obżeramy się na potęgę, albo fastfoodami, albo wymyślnymi daniami, na które nas prawie nie stać, ale dają nam chwilowe poczucie lepszości. Zalewa nas plaga otyłości, podczas gdy trzy czwarte globu głoduje. Jedyne co nas motywuje do rozwoju to pieniądze. To ciekawe w ogóle… człowiek przez wszystkie lata ewolucji nie potrafił wymyślić ŻADNEGO systemu, który motywowałby wszystkich członków społeczności do rozwoju (chociażby na miarę ich możliwości, nie wszyscy musimy być Michałami Aniołami), do tworzenia rzeczy pięknych, ambitnych i zmieniających świat na lepsze. Jedyny środek, który uniwersalnie napędza nas do jakiegokolwiek rozwoju, który udało nam się stworzyć, to pieniądz. Pieniądz, który sortuje nas na kategorie, pieniądz który daje nam poczucie bezpieczeństwa lub strachu, pieniądz który sprawia, że każdego dnia rano idziemy do pracy, siadamy do komputerów i powtarzamy te same schematy, które wypracowaliśmy wieki temu. Jako społeczeństwo nie robimy praktycznie żadnych kroków na przód. Może jedynie przystrajamy niewolnictwo, w którym tkwimy, w coraz bardziej znośne, niezauważalne ramy. Przecież pieniądz od czasów systemu w Bretton-Woods, kiedy to zniesiono pokrycie waluty w rezerwach złota, sam w sobie nie ma już żadnej wartości. Dawniej miał przynajmniej pokrycie w drogocennym kruszcu, któremu z kolei można przypisać jakąś wartość. Ale teraz nie ma, jest to świstek papieru. Wypruwamy sobie więc flaki, marnujemy młodość, energię witalną, potencjał do tworzenia kreatywnych, monumentalnych rzeczy, żeby zarabiać coś, co w przeciągu kilku sekund może stracić 50% swojej wartości przez bańkę na rynku nieruchomości w Chinach.

Zawsze mam ubaw z ludzi, którzy wszędzie wietrzą teorię spiskową. Szczególnie bawią mnie osoby wierzące w jakąś „grupę trzymającą władzę”. Żydów, Masonów, Wolnomularzy czy kogo tam jeszcze. Jestem pewien, że nad tym co się dzieje na świecie nie panuje absolutnie nikt. Wystarczy że wszyscy gonimy złotego cielca. To ustawia optykę każdego człowieka na ziemi i utrzymuje z jednej strony olbrzymie napięcia, a z drugiej pewną homeostazę. Jako kilku miliardowa zbiorowość dysponująca wieloma rodzajami broni masowej zagłady jesteśmy mimo wszystko przewidywalni jak upasione chomiki w klatkach…

Pytanie czy da się od tego jakoś uciec, oszukać system. Pewnie tak. Nie uczestniczyć w nim, nie wydawać pieniędzy bez sensu. Nie brać kredytów. Uczyć się przydatnych rzeczy, nie wiem… rozpalania ognia w deszczu, gotowania zup na dżdżownicach i korze brzozowej. Strzelania z łuku, tak na wszelki wypadek 🙂 Murowania, budowania z drewna, oprawiania skór, peklowania, kiszenia i pasteryzacji. Szydełkowania, dziergania, haftowania i sznycerki. (hehe… słownik w Wordzie już nawet nie rozpoznaje słowa „sznycerka” ani „sznycerz”). Nie budujmy ogrodzeń, nie stawiajmy płotków, poznawajmy sąsiadów, pomagajmy sobie. Sami gotujmy nasze posiłki, a jak się da, to sami hodujmy co się da. Zioła, warzywa. Do tego naprawdę nie potrzeba wiele. Skoro tysiące młodych Polaków potrafiło się pod wpływem sezonowej mody nauczyć warzenia piwa, to taki mały warzywniak powinien być dla nas wszystkich pestką. W centrum Detroit, miasta które przed wojną generowało prawie 25% PKB Stanów Zjednoczonych, a które kryzys finansowy wywołany upadkiem banku Lehman Brothers niemal zmiótł z powierzchni ziemi, młodzi ludzie przejmują za symbolicznego dolara nieruchomości i w przydomowych ogródkach zakładają mini farmy. W centrum jednego z największych miast świata! Bo nie chcą już być częścią tego systemu. Można? Yes, we can!

W poniedziałek mój syn zbuduje pod moim okiem swój pierwszy karmnik dla ptaków. Łatwo jest dziecku odebrać komórkę/tablet czy inne gówno. Sztuka to stworzyć mu atrakcyjną alternatywę.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s