O pokorze, wysiłku i ignorancji

Zrządzenie losu (choć, jak powszechnie wiadomo, nie ma czegoś takiego jak „zrządzenie losu”) doprowadziło mnie w zeszłą sobotę do kościoła i to od razu na mszę trydencką. Mniej zaprawionym w bojach czytelnikom śpieszę wyjaśnić, że msza trydencka to tradycyjna, nieco surowsza wersja mszy świętej odprawianej w kościołach dziś, obowiązująca od czasów soboru trydenckiego (chyba… bardziej wnioskuję z nazwy niż pamiętam) do jakiejś tam reformy w latach sześćdziesiątych zeszłego stulecia, kiedy to uznano, że taka forma odprawiania mszy, gdzie wierni właściwie cały czas klęczą, a ksiądz stoi do nich plecami, jest dla światłego i zaangażowanego w sprawy kościelne katolika upadlająca. Oczywiście spłycam teraz wieki dogmatycznych sporów, ale z tego co pamiętam o to głównie chodziło.

W kościele było kilkanaście osób. Dosłownie. Ale ci, którzy tam byli, wiedzieli po co przyszli. Msza trydencka, zwana inaczej liturgią wszechczasów, jest paradoksalnie czymś zupełnie nieprzystającym do dzisiejszych czasów. Dużo bardziej nieprzystającym niż zwykła msza niedzielna, która ma mimo wszystko zrozumiały dla przeciętnego Kowalskiego konspekt – wprowadzenie, kazanie, potem moment kulminacyjny: przeistoczenie, wreszcie pojednanie i błogosławieństwo. Na tym tle msza trydencka sprawia wrażenie połączenia śpiewnego nabożeństwa prawosławnego (z całą jego barokową przesadą) z „Egzorcyzmami Emily Rose”. Jest surowa, cicha, jest przede wszystkim właściwie modlitwą księdza do Boga, której wierni jedynie doświadczają z odległości. Nie ma kazania, w którym ksiądz mógłby sobie popłynąć po Biedroniu, lewakach, aborcji i czym jeszcze dusza zapragnie. Zamiast tego fragment ewangelii i spisany przed wiekami przekaz, który z niego płynie. I wyzwanie dla wiernych – cała msza jest po łacinie. Może by się tak wysilić i pouczyć? Może się coś wartościowego w człowieku ostanie?

Msza trydencka jest trochę jak papierek lakmusowy. W dzisiejszych czasach, w których wszystko jest na wyciągnięcie ręki, przypomina człowiekowi, że czasem trzeba się wysilić. Przypomnijcie sobie – kiedy ostatnio naprawdę się wysililiście? Nie mówię o ostrym treningu albo o zrobieniu czegoś, na co nie mieliście ochoty, jak wysprzątanie kibla. Nie mówię o nadgodzinach w pracy. Nawet nie wiem, jak „powinien” wyglądać taki prawdziwy wysiłek, ale to coś więcej.

Msza trydencka uwypukla dokładnie trzy rzeczy, których dzisiejszym ludziom brakuje: umiejętności wysilania się, pokory i szacunku. Oczywiście wszystko o czym piszę da się szybko skontrować stwierdzeniem, że patrzę na świat ze swojej perspektywy, ale wydaje mi się, że w tym akurat przypadku zależności są uniwersalne. Moje pokolenie przestało chodzić do kościoła, modlić się i w ogóle myśleć o czymkolwiek innym niż życie teraźniejsze (fachowo mówi się „doczesne”) nie dlatego, że utraciło instynktowne poczucie istnienia jakiejś wyższej istoty, tylko dlatego że nam się nie chce wysilać. A cała reszta to tylko dorabianie legendy do naszego lenistwa, konformizmu i hedonistycznej potrzeby zadowalania siebie przez cały czas, dosłownie w każdej minucie. W ciągu jednego pokolenia z narodu pobożnych romantyków i wariatów, staliśmy się dumnymi członkami kultury masowej, bez narodowości i bez własnej tożsamości. Staliśmy się unijnymi owcami, bezwładną masą którą da się sterować za pomocą kilku kundli. I tyle.

Przepraszam za mój moralizatorski ton, ale siedzi to we mnie od dłuższego czasu. Rozmawiam przy różnych okazjach z najrozmaitszymi ludźmi i dostaję szału od ich głupoty, a nawet nie samej głupoty, lecz dumy z własnej ignorancji. Ludzie w tym kraju naprawdę nie mają bladego pojęcia skąd się wzięli i kim są. Oprócz bycia posiadaczami Iphone’a.

Marzy mi się, żeby tępa ludzkość nadziała się na jakąś tajemnicę, której nie dałaby rady od ręki rozwiązać albo obalić. Żeby na przykład po wprowadzeniu globalnej ewidencji linii papilarnych okazało się, że po śmierci każdego człowieka, przychodzący na świat noworodek w innej części świata ma identyczne linie papilarne. Albo identyczne źrenice. Albo identyczny kod DNA. Dziś przyjmuje się jedynie, że linie papilarne mogą się pokrywać raz na 100.000 przypadków. W przypadku zgodności całego DNA, jeszcze rzadziej. Jednak nigdy nie badano zależności między ludźmi o tych samych liniach papilarnych. Ale to tylko przykład. Zresztą… nawet jeśli pojawiłaby się taka rewolucyjna zależność, informacja o niej i tak nie wyprzedziłaby popularnością wyników X Factora.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s