Dasię/niedasię

Dziś rano jak co poniedziałek wlazłem na wagę. 109,2 kg. Już sobie nie zadaję żadnych pytań, nic mnie tak naprawdę nie dziwi. Czyste pogodzenie z rzeczywistością i rezygnacja. Na szczęście nie mam też złudzeń, skąd się to bierze. Nie mam konsekwencji. Ta ułomność tłumaczy zresztą dużo więcej, niż tylko nadwagę. Bo jak się tak naprawdę dobrze zastanowić, to waga i ogólnie wygląd zewnętrzny to taka sfera życia, którą zdecydowanie najłatwiej ogarnąć i to najmniejszym kosztem. Internet jest pełen inspirujących historii o chudnięciu celebrytów i zwykłych szaraczków. Każdą z nich przedstawia się oczywiście jak heroiczny bój, ale myślę że to nie jest prawda. Co może być trudnego w jedzeniu zdrowych rzeczy, zamiast tuczących i w okazjonalnym urozmaicaniu swojego życia ruchem? Nic. Więc czemu nie potrafię tego zrobić? Pytanie, niestety, retoryczne… Najtragiczniejsze jest to, że ja autentycznie nie pamiętam, kiedy ostatnio jadłem, bo byłem głodny. Nie pamiętam uczucia głodu!

Ta złość na siebie, na swoje lenistwo, na marazm przeplata się z poczuciem braku życiowej satysfakcji. Od dzieciństwa powtarzano mi ze wszystkich stron, że mam potencjał, że jestem zdolny. I że moim największym problemem będzie lenistwo. Leniem nigdy nie byłem, to po prostu źle zdiagnozowany brak konsekwencji. Jak obserwuję swoje życie do tej pory, to niezmiennie sama możliwość odniesienia sukcesu, czy wręcz wizje tego sukcesu, były dla mnie ważniejsze niż sam sukces. Może nie ważniejsze, ale wystarczające, żeby uśpić działanie, zaspokoić ambicję. Bo przecież ambitny zawsze byłem.

Wiele osób dziwiło się, czemu tak obsesyjnie wracam do odchudzania, gadam o ćwiczeniach itd. To jest dla mnie jakaś nieprzekraczalna bariera sukcesu, jeśli bym tego dokonał, to dokonałbym już wszystkiego. Ludzie mylnie myślą, że chodzi o sam wygląd, gadają mi często o jakimś tam „lubieniu siebie”. Nie chodzi o to. Dopóki nie potrafię uporządkować tej jednej, banalnej sfery życia, to nie uporządkuję niczego innego. To cała filozofia.

Jakiś czas temu poznałem właściciela sporej bydgoskiej firmy. Facet biega maratony, strongmeny i ogólnie uprawia wszystkie sporty świata. I co najciekawsze, to nie jest wcale jego pasja życiowa. Dla niego wysiłek fizyczny jest po prostu częścią codziennej higieny, tak samo (dokładnie tak samo) jak umycie zębów. Nic więcej, żadnej filozofii, żadnego uzależnienia od endorfin, żadnego podbudowywania swojego ego wyglądem. Po prostu, wstajesz rano, idziesz pobiegać, albo porobić pompki. Kładziesz się spać, to zamiast dwóch piw idziesz na długi spacer. I tyle. Da się? No kurwa, da się…

Wkurwiają mnie kulty. Kult pracy, kult piękna i szczupłości, ale najbardziej mnie wkurwia to, że te kulty są słuszne. W zupełności. Bycie spasionym pampuchem to trochę takie wytatuowanie sobie na czole „MAM WYJEBANE”. Na wszystko i wszystkich. To taki pusty manifest pseudo wyższości nad obowiązującym porządkiem i trendami, ale podszyty tak naprawdę wszyscy wiemy czym: kompleksami, lenistwem i brakiem sensownej motywacji. Więc jak widać dużo mnie wkurwia. A już najbardziej wkurwiam się sam.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s