Z serii „To już było” – dzień 2

Dzień drugi sponsoruje literka „W”, jak wielopunktowy ból po dniu pierwszym.

Mam już nawet pierwszy wniosek treningowy: biegać należy przed ćwiczeniem, a nie po. Muszę się też przyzwyczaić do biegania wolniej, bo mimo małego dystansu (głupie 3 km) już w połowie mam tętno zawałowca. W moim przypadku bieg musi być tylko i wyłącznie rozgrzewką, a nie początko-końcem chaotycznego treningu, po którym nie jestem w stanie nawet stać pionowo.

Kolejny wniosek z pierwszego dnia ćwiczenia jest taki, że do ćwiczenia muszę zacząć podchodzić w bardzo restrykcyjny, planowy sposób. Nie da się tego ogarnąć z doskoku, czyli tak jak ogarniam prawie wszystko w moim życiu. Jak to mawiał kolega z liceum katolickiego: „z doskoku to można komuś wyjebać”. Brak zorganizowania prowadzi właśnie do sytuacji, kiedy pierwszego dnia robię za dużo, po czym drugiego dnia nie jestem w stanie zrobić nic. Przebiegłem co prawda moje 3 km, ale z ustawicznym bólem ścięgien i kolan, brakiem oddechu i uporczywymi myślami „ja chcę już do łóżeczka”. Wracając jednak do pierwszego dnia: nie udało mi się zrobić pełnego cyklu Freeletics. Parafrazując mistrza Szi-fu z bajki „Kung Fu Panda”: mimo braku takiego poziomu, ja wyznaczyłem w ćwiczeniach Freeletics poziom ZERO. Program podstawowy przewiduje 75 pompko-pajacyków (burpees), 75 przysiadów (squats) i 75 brzuszków (sit-ups). Tak naprawdę, to to powinny być serie początkowe, po których wykonuje się coraz mniejsze serie wtórne. Nie wchodząc w szczegóły zanotuję tylko, że 75 nie zrobiłem i na tą chwilę wydaje mi się to czystą abstrakcją. Najgorsze są oczywiście przysiady. Moje kolana wydają przy nich dźwięk, który chyba najlepiej przyrównać do zgniatania aluminiowej puszki, owiniętej kilkoma warstwami folii. Mam wrażenie, że to nie do końca zdrowy objaw, choć w literaturze fachowej piszą, że takie rzeczy mogą przejść i stawy/ścięgna z czasem się wzmocnią.

Swoją drogą strasznie mnie zawsze irytowało słuchanie biadolenia różnych osób, jak to mają „załatwione kolana”, „masakryczne problemy z kręgosłupem”, jakieś samozdiagnozowane „wynaturzenia stawów biodrowych” itd. itp. Się okazuje, że niemal każdy trzydziestolatek to pieprzony inwalida. Zupełnie jakbyśmy wszyscy potrzebowali dobrze przemyślanego zestawu wymówek dla opieprzania się w życiu, które można szybko zaserwować, ilekroć w towarzystwie pada temat ćwiczeń/kondycji.

No więc podsumowując dzień drugi: przebiegłem ze łzami w oczach 3,2 km. Ćwiczeń nie udało się zrobić.

Po burzliwej dyskusji ustaliłem sam ze sobą, że na wagę wejdę dopiero w następny poniedziałek.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s