Z serii „To już było” – dzień 1

Nie wiem ile razy zaczynałem w życiu się odchudzać, zdrowo odżywiać, regularnie spać i ćwiczyć. W moje życie jest chyba wkodowana jakaś cykliczność objawiająca się potrzebą okresowego wyznaczania sobie nierealnych celów i fantazjowania o ich realizowaniu. Gdzieś koło lutego założyłem się na takiej fali entuzjazmu z kumplem z pracy, że schudnę 17 kg. No cóż, do 20 maja mam jeszcze sporo czasu… Zastanawia mnie skąd to ciągłe prześladowanie się wizją szczupłej sylwetki i sześciopaka. Heh, może jednak jestem dużo bardziej próżny, niż mi się do tej pory wydawało. Znam bardzo niewiele osób, które naprawdę wkładają energię w kształtowanie własnej sylwetki i aktywnie dbają o swój wygląd. Mam tu na myśli regularne ćwiczenie każdego dnia, liczenie kalorii, niepicie alkoholu (NIEPICIE ALKOHOLU!!!), chodzenie spać po dobranocce, mierzenie sobie ciśnienia, poziomu sodu i potasu itd. Strasznie łatwo skrytykować życie podporządkowane „hodowaniu zdrowej sylwetki”, zwłaszcza jak się jest mną i krytykuje się praktycznie wszystko. Można na przykład stwierdzić, że przecież wydzierżawienie godziny lub dwóch dziennie na aktywność sportową, jest praktycznie niemożliwe. Święta racja! Musiałbym przecież zrezygnować z leżenia po pracy na kanapie i boksowania się z pojebanymi myślami. Można by również stwierdzić, że się nie da, bo przecież po pracy człowiek „nie ma siły”. To jest w ogóle prześmieszne, bo po ośmiu godzinach siedzenia na dupsku i klikania faktycznie ma się poczucie braku energii, a ciało zaczyna reagować opacznie na takie rzeczy jak dotlenienie świeżym powietrzem. W weekend przez kilka godzin przekopywałem gruzowisko w ogrodzie i po tej dawce heroicznego wysiłku padłem nieprzytomny na kilka godzin. Swoją drogą człowiek się starzeje. Wcześniej tego nie czułem, ale się powolutku zaczyna.

Tym nie mniej, dziś po raz kolejny rozpoczynam bój ze słabościami. Tym razem od innej dupy strony, zobaczę co się da osiągnąć z takim przypadkiem jak ja w 100 dni. Chociaż… to już chyba było. Nieważne. 100 dni ciemiężenia wielowymiarowego, 100 dni bez żarcia kolacji, 100 dni sportów wszelakich, 100 dni spania jak niemowlę i niezarywania-nocy-żeby-obejrzeć-odcinek-gry-o-tron. Start dziś, waga: 105,4 kg (ja pierdolę…).

Z nieco innej bajki, zacząłem się głębiej interesować tematem, który mi się ulągł sam z siebie w jednym z ostatnich postów, czyli ćwiczeniami, albo szerzej – alternatywą dla siłownianego lajfstajlu. Trudno uwierzyć, ale nie jestem pionierem takiego myślenia 😀 Więc może po krótce streszczę moje dotychczasowe odkrycia. Po pierwsze, termin kalistenika nie wymarł ze starożytnymi Persami i Grekami, i ma się całkiem dobrze w środowiskach dzisiejszych klasyków, czyli kryminalistów osadzanych na wieloletnie wyroki w więzieniach o zaostrzonym rygorze. Gorąco polecam „Skazanego na trening” autorstwa Paula Wade’a, książkę którą czyta się dosłownie jakby człowiek pierwszy raz oglądał „Rocky’ego”. Nie bardzo sobie wyobrażam oczywiście siebie robiącego odwrócone pompki w staniu na rękach, ale autor twierdzi, że nie ma problemu. Drugi, nieco bardziej przyziemny temat, to freeletics, słowo nie posiadające chyba polskiego odpowiednika. To zespół prostych do wykonania ćwiczeń, które wykonuje się do porzygania w niemal dowolnej kolejności. Co ciekawe, ćwiczenia te idealnie pokrywają się z tymi, które wykonywałem lata temu na rozgrzewkach karate. Wniosek jest naprawdę prosty: siłownia w niczym nie pomaga, do sześciopaku w zupełności wystarczy kawałek podłogi i drążek.

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s