Szczególna teoria przemieszczania środków ciężkości

Niedawno zdałem sobie na dobre sprawę, że w moim życiu zaszła bardzo poważna zmiana jakościowa, zmiana której się po moim życiu nie spodziewałem. Zacząłem się rozwijać. Pod wieloma względami zawsze miałem się za osobę, która się nie rozwija, bo nie wie czego chce. Co oczywiście jest wdzięcznym tematem na inny wpis. Tym nie mniej rozwijam się. Jestem na drugim semestrze studiów inżynierskich. Nie będę ukrywał, że we wrześniu zeszłego roku zostałem zwyczajnie zmuszony do rozpoczęcia inżynierki, wtedy jednak udało mi się wykpić jakimiś parastudiami na wydziale zarządzania. Poziom nauki był tak żenujący, że na większości przedmiotów podstawą zaliczenia była sama obecność. Ale poniekąd odpowiadało to moim oczekiwaniom i poziomowi zaangażowania wewnętrznego w zakresie wiedzy technicznej. Podczas sesji zimowej zrozumiałem, że większość osób w mojej grupie wykładowej nie powinna była nigdy skończyć gimnazjum i ta smutna refleksja delikatnie ukłuła moją głęboko schowaną ambicję. Nie oszukuję się w tej sprawie, przez ostatnie lata ze „ślizgania i dryfowania z prądem” zrobiłem swoją filozofię życiową, nie osiągając w swoim życiu praktycznie niczego, zarówno zawodowo, jak i w życiu osobistym. Kurwa… dopiero jak to napisałem, dotarło w całym majestacie. I kiedy po sesji zimowej upijałem się u kumpla, taplając się po raz kolejny w poczuciu sarkastycznego triumfu, że po raz kolejny udało mi się wyruchać system, zapaliła mi się w głowie myśl, że tak dalej być nie może. Wiadomo, jak człowiek pijany, to takie myśli szybką pączkują i rozrastają się w marzenia, wizje o przyszłości, w gniew na samego siebie. Człowiek sobie zaczyna myśleć „gdybym przeznaczał chociaż 10% wolnego czasu na naukę…” itd. I stało się. Przepisałem się na studia na wydziale Inżynierii mechanicznej. Po pierwszym zjeździe prawie się popłakałem z wrażenia i przerażenia, nawet nie tyle samą abstrakcyjnością przedmiotów, co raczej mieszkańców planety Melmack, którzy je wykładali. Trafił się nawet pan, który prawą ręką wyprowadzał równanie, a lewą mazał równolegle ciągi znaków, żeby zrobić miejsce na tablicy. Nie mam najmniejszych złudzeń, na koniec semestru będę miał co najmniej dwa warunki i to przy założeniu, że już teraz zaczynam się ostro uczyć.

Jednak prawdziwym paradoksem ostatnich miesięcy jest to, że zapisałem się na kurs Project Managementu, wg metodologii PRINCE. Ktokolwiek mnie poznał wie, że wymigiwanie się od certyfikowania w zakresie zarządzania projektami doprowadziłem do absolutnego mistrzostwa, pracując prawie cztery lata w dziale, w którym pierwszy obiecałem że to zrobię zaraz po przyjęciu. Z biegiem lat uplotłem sobie wręcz cały, złożony pogląd lajfstajlowy, tłumaczący dlaczego zarządzanie projektami jest takie głupie i że cały ten system wymyślili kierownicy projektów, aby uzasadnić potrzebę swego istnienia we współczesnym świecie. No… A w kwietniu jadę na 3-dniowego Basic, w maju na 2-dniowego Practicionera… Coś się mocno zmieniło w moim życiu. Wciąż jeszcze ciężko mi to zdefiniować, ale poprzesuwały się środki ciężkości. Właściwie zupełnie przestałem się bawić w poszukiwanie porcelanowych księżniczek i inne damsko-męskie ceregiele, co uwolniło we mnie naprawdę spore nadwyżki energii życiowej. Poza tym coś jest w tej mojej firmie, co sprawia, że człowiekowi się chce. Coś więcej niż sam strach i presja. Coś konstruktywnego, jakaś chęć uczestniczenia w tworzeniu. Naprawdę nie wiem jak to inaczej opisać.

Pamiętam doskonale, że idąc na ekonomię na najlepszą uczelnię ekonomiczną w kraju, nie miałem zupełnie pojęcia, co chcę robić w życiu, a już tym bardziej dlaczego zaczynam studia ekonomiczne. Pewnie, można by próbować coś zwalać na moich rodziców, jak to niby mi od dziecka zaszczepiali w głowie nabożny szacunek do kultu pracy, strach przed niezarabianiem dużych pieniędzy, ale to nieprawda. Studia wybrałem sam, tylko po prostu nie byłem wtedy wystarczająco dojrzały. Prawda jest taka, że ludzie zawsze doceniali studia, które ukończyłem. Ja nie potrafiłem. Zawsze miałem poczucie, że wybierając ekonomię, uciekam przed czymś ambitniejszym i wybieram najmniejszą linię oporu, omijam się z powołaniem. Zawsze mnie też męczyła wielokierunkowość i rozmycie studiów ekonomicznych w multum niepowiązanych dyscyplin naukowych, przez co do ostatnich egzaminów miałem wrażenie, że studiuję wiele losowo wybranych zagadnień, nie zyskując prawdziwych umiejętności w czymkolwiek konkretnym. To się później wielokrotnie przekładało w moim życiu na ogólne poczucie, że jak człowiek jest od wszystkiego, to jest do niczego. Kulminacją tego wszystkiego było przejście do PESY, gdzie w światku zatwardziałych konstruktorów i projektantów na każdym kroku musiałem udowadniać wszystkim, że nie jestem wielbłądem. Co jest tym trudniejsze, że tutejszych realiach jestem właśnie wielbłądem, dziwnym zwierzem, które się przypętało chuj jeden wie skąd. Studia inżynierskie na wydziale mechanicznym są całkowitym zaprzeczeniem bzdetów, których uczyłem się na ekonomii. Są doskonale spójne, skonkretyzowane, tworzą sensowną, uporządkowaną chronologicznie całość. Są brutalnie zerojedynkowe, wiesz albo nie wiesz i wypierdalaj, dopóki się nie dowiesz. Na każdym wykładzie dowiaduję się rzeczy, których nie rozumiałem przez ostatnie pół roku w pracy. Śmieszy mnie to, że dla większości ludzi „magister ekonomii” to O WIELE WIĘCEJ, niż „inżynier konstruktor”. Nie mają pojęcia o czym pieprzą 🙂 Mając 32 lata pierwszy raz w życiu naprawdę czuję, że coś studiuję.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s