O siłowni, sile, a tak naprawdę sam nie wiem do końca o czym

Od wielu lat marzę o wyćwiczeniu sylwetki. Z akcentem na „marzę”, bo oprócz rozpoczęcia paru spektakularnych akcji pod tytułem „od poniedziałku zmieniam swoje życie” nigdy nic więcej w tym kierunku nie zrobiłem. Czasem zastanawiam się, jakie są tego przyczyny. Pewnie ma to dużo wspólnego z moją marzycielską naturą, która z wiekiem staje się coraz bardziej uciążliwym elementem mojego życia (łapię się często na tym, że w trakcie zebrań w pracy potrafię w ciągu kilku minut odlecieć myślami w tak absurdalne tematy, że potrzebuje potem ładnych paru chwil, żeby wrócić na ziemię). Wynika to też pewnie z mojego selektywnego lenistwa, które dotyczy rzeczy, których nie lubię. Czyli klasycznego lenistwa 😀 Potrafiłem się nauczyć siatkówki, potrafiłem się nauczyć tenisa, więc czemu nie potrafię się zmusić do łażenia na siłownię? Ano klucz chyba właśnie w tym „zmuszaniu się”. Po pierwsze od zawsze powalała mnie logistyka tego całego wybrania się na siłownię: dojazd autem, przebranie się, rozgrzewka na bieżni (teraz się mówi „aeroby”), potem seria prześmiesznych zdrobnień: klatka-bicek-plecki-łydki-tricek-motylek, cholera brakuje jeszcze tylko serii na powieki i kciuki! Potem jeszcze raz „aeroby” na nie wiem właściwie co. Ukojenie nerwów? Do tego całego lajfstajlu siłownianego dorabia się teraz naprawdę niestworzone legendy i teorie. Od trzeciej do siedemnastej minuty spalasz tkankę tłuszczową, od dziewiętnastej do trzydziestej siódmej budujesz masę, a od czterdziestej pierwszej do pięćdziesiątej rzeźbisz sześciopak. Oczywiście najlepiej, jeżeli „robisz to wszystko profesjonalnie”, czyli w stroju Nike za 899 PLN, bieliźnie stosowanej przez kosmonautów z NASA, a każdą sekundę treningu monitorujesz swoje czynności życiowe, od tętna po poziom gruczołów dokrewnych, zajebiście drogimi gadżetami. Pamiętam że na trzydzieste pierwsze urodziny dostałem od znajomych zegarek do pomiaru tętna (nie jestem pewien, ale on chyba nawet nie podawał rzeczywistego czasu…). W komplecie była też specjalna opaska i moduł przyczepiany w okolicach serca, żeby w każdej sekundzie zbierać najprecyjniejsze informacje o twoim tętnie, ilości spalanych kalorii i gramach hamburgera, które udało ci się swoim łork-ałtem zutylizować. No i jeszcze wisienka na torcie, czy siłowniany ceremoniał. Ześwinieni faceci, którzy ostentacyjnie oglądają się na laski, ubrane nota bene w takim sposób, że po prostu nie sposób się na nie nie gapić.

W tym wszystkim jest jeszcze coś bardziej niewymiernego, co mnie zawsze od siłowni odpychało. Mam poczucie, że trenowanie w ten sposób nie jest w żadnej mierze naturalne. To faktycznie bardziej sztucznie wypromowany sposób spędzania wolnego czasu, jakieś zjawisko kulturowe, stwarzające dla młodych ludzi przestrzeń pozorów uczestniczenia w Wielkim Świecie, a dla starych dziadów tworzące złudzenie, że wciąż mogą się poczuć młodo. Jednak w tym wszystkim nie ma meritum – ćwiczenia w sobie siły, zwiększania potencjału organizmu. Nie potrafię tego do końca uzasadnić, ale ćwiczenia wykonywane na maszynach w siłowni nie rozwijają ciała, a jeśli to robią, to tylko pozornie. Znałem wielu (naprawdę wielu!) facetów, którzy regularnie chodzili po 4 razy w tygodniu na siłownię. Mieli rozpisane piękne treningi w myśl zasady „najpierw masa, potem rzeźba”, przy czym wielu z nich pozostawało tylko na robieniu masy, które było wspaniałym usprawiedliwieniem do wpieprzania kebaba na śniadanie, podwieczorek, obiad i kolację. Jednak nawet ci z moich znajomych, którzy wytrwali dłużej w chodzeniu na siłkę, dochodząc do jakiegoś tam przyrostu masy mięśniowej nigdy nie osiągali prawdziwej sprawności i tężyzny fizycznej. To było zabawne, bo ci ludzie nie potrafili zrobić trzydziestu pompek albo podciągnąć się choćby
cztery razy na drążku w nachwycie. Co dopiero zrobić stójkę na drabince albo przysiad na jednej nodze. Pamiętacie lekcje W-F w podstawówce? Wtedy robiło się takie ćwiczenia, których dziś nie byliby w stanie wykonać zatwardziali koksiarze z siłowni. Wyobraźcie sobie wykonanie prawidłowo mostku, powiedzmy 20 powtórzeń. Do tego trzydzieści pompek, ale na zamkniętych pięściach, do tego dziesięć podciągnięć na drążku. Żaden z uczestników siłownianego lajfstajlu by tego nie zrobił, jestem o to naprawdę spokojny.

Im dłużej nad tym rozmyślam, tym więcej faktów łączy mi się w jedną, spójną całość. Faceci o najbardziej wyrzeźbionej, muskularnej sylwetce, jakich poznałem to kumpel z liceum, który trzy razy dziennie robił po sto pompek. Facet wyglądał, jakby był powycinany z kamienia, a przy tym na śniadanie zjadał bochenek chleba z majonezem i keczupem. Innych siłaczy poznałem przy okazji dożynek u kumpla na wsi. Faceci wykonujący naprawdę hardkorową (hehe, piękną karierę zrobiło to słowo w języku polskim) pracę, polegającą na podrzucaniu widłami zasupłanych kostek siana na wóz, byli zbudowani jak młody John Rambo. A ja, mając w tamtych czasach naprawdę niezłą sprawność, byłem w stanie wykonywać ich codzienną pracę może przez godzinę, a mięśnie bolały mnie później tygodniami.

Historia pokazuje, że kulturą fizyczną, ale również rzeźbieniem muskularnej sylwetki, interesowano się od dawna, na pewno od czasów starożytnej Grecji, Rzymu, a wcześniej również Persji. Pamiętam, że sztukę ćwiczenia własnego ciała nazywano w czasach greckich kalisteniką. Opierała się ona wyłącznie na wykonywaniu ćwiczeń bez dodatkowych obciążeń, jedynie z wykorzystaniem masy własnego ciała. A właśnie ci ludzie stali się pierwszymi modelami, którzy po dziś dzień stanowią dla każdego faceta ideał doskonałej sylwetki.

No… jak zawsze pięknie i zgrabnie skrytykowałem i splułem. A nie o to mi chodzi. Prawda jest taka, że każdy człowiek intuicyjnie wie, co powinien robić, żeby wyrzeźbić ciało. Schudnąć, robić pompki, podciągać się na drążki, brzuszki. Nic więcej. A siłownia to tak naprawdę głupota, która odciąga uwagę człowieka od potrzeby włożenia prawdziwego wysiłku i poświęcenia. Od kształtowania prawdziwej siły, czyli siły charakteru.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „O siłowni, sile, a tak naprawdę sam nie wiem do końca o czym

  1. Coś w tym jest. Siła zdobyta na siłowni nie jest siłą funkcjonalną. W codziennym życiu niewiele się przydaje. Wolę w domu trenować Kalistenikę, niż cisnąć klatę na siłowni.

    • ukaszsan pisze:

      Bez dwóch zdań. Sam fakt, że ludzie nie mieli nigdy do dyspozycji pomocy treningowych, a skądś brali nadludzką na dzisiejsze standardy siłę. Historia jest pełna relacji typu łamanie podkowy, ręczne napinanie 80-funtowej kuszy itd. Wątpię, żeby na jakiejkolwiek siłce dało się dziś znaleźć kogokolwiek, kto by coś takiego potrafił.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s