O co komon

Od dłuższego czasu wycofałem się prawie całkowicie z dotychczasowych form „życia towarzyskiego”. Co ciekawe, im bardziej się z niego wycofuję, tym bardziej ludzie wokoło posądzają mnie o grubego kalibru alkoholizm i straceńcze życie dekadenta. Po pierwsze, z pijackiego harmonogramu wypadły mi cotygodniowe spotkania z moim licealnym przyjacielem od wódki, bo licealny przyjaciel oficjalnie zaczął brać magiczne pigułki na niepicie, a nieoficjalnie po prostu zmienił sposób picia na bardziej dyskotekowy. Co z kolei kłóci się z moją głęboką pogardą dla idei wychodzenia na miasto, tańczenia i przekrzykiwania się z milionami obcych ludzi (swoją drogą… kurwa, gadam jak stary ramol). Z drugiej strony para znajomych, z którymi się najczęściej widywałem przez ostatnie lata, u których wręcz pomieszkiwałem momentami, zwyczajnie przestała odbierać od wszystkich telefony i odpisywać na smsy. A mi się znudziło balansowanie między chęcią spotkania z nimi, a poczuciem własnej godności. I tak z moich stałych punktów towarzyskich został właściwie tylko sąsiad. Mój sąsiad… Heh, gdy podczas seansu „Pod Mocnym Aniołem” padła kwestia: „Mój sąsiad? Panie, ile myśmy z sąsiadem wypili…” to jako jedyny ryczałem w kinie ze śmiechu. No ale obiektywnie muszę przyznać, że na tym polu również upadek obyczajów i świeckich tradycji. Odkąd sąsiad spadł ze schodów i złamał sobie rękę, nabrał mistycznego dystansu do życia i zaczął wierzyć w eteryczne bzdury jak opinie lekarzy, którzy mu wmawiają, że alkohol wypłukuje coś tam z kości i osłabia proces zrastania.

Prawdę mówiąc, nie przeszkadza mi ten zanik picia, co jest chyba koronnym dowodem, że alkoholikiem jednak nie jestem. Zresztą, w mojej rodzinie zawsze alkoholu było na tyle dużo, że gdybym miał jakiekolwiek zadatki, to już dawno alkoholikiem bym został.

Martwi mnie za to pustka, którą odsłonił zanik dotychczasowych sprawdzonych sposobów „radzenia sobie” z wolnym czasem. Często ostatnio nachodzi mnie wrażenie, że przeżyłem już w swoim życiu te najfajniejsze, najwspanialsze chwile. Że była gdzieś ta pula szczęścia albo raczej odczuwania szczęścia, którą zahaczyłem i teraz już wszystko będzie tylko mniej lub bardziej rozczarowującym odniesieniem do niej. Oczywiście życie idzie do przodu, wręcz galopuje. Mam coraz bardziej odpowiedzialną pracę, która ma szansę stać się docelowo „karierą zawodową”. Mam fajny dom, który po renowacji nabrał naprawdę gustownego blasku i wreszcie dorósł wizualnie do swojego potencjału. Mam możliwości rozwoju w różnych kierunkach, które pierwszy raz w moim życiu są sprecyzowane i wyraziste. Ale przecież nie o to chodzi w życiu… No właśnie… O co kurwa chodzi w życiu 🙂

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s