Dzień 10 – mistyczne refleksje

Najpierw suma wszystkich grzechów, czyli w czwartek piłem, w piątek piłem (wigilia) i dziś znów pić będę. Nie były to wyniszczające picia w duchu licealnego poszukiwania granic ludzkiej wytrzymałości, ale było to zawsze wlewanie w siebie alkoholu, pustych kalorii i ogólne zapuszczanie układu mięśniowego w niebyt. Wniosek ogólny jest taki, że picia nie da się całkowicie wyeliminować, po prostu się nie da i tyle, ale muszę je ograniczyć do „alkoholizacji pożytecznej”, czyli do wychodzenia z nowymi znajomymi. Lubię o tej bandzie myśleć jako o nowych znajomych, jednak obiektywnie oceniając wciąż jest to tylko zbieranina fajnych, acz obcych ludzi, o umysłowości licealistów. I póki co łączą mnie z nimi przeżyte dwie imprezy i trochę zbereźnych żartów. Ha! I jeszcze jedna sesja pijackiego didżejowania na konsoli! W życiu nie myślałem, że może to być takie fajne. Ale ale, znowu mi wątki uciekają.

No więc dziś rano waga pokazała 104,1 kg. Sukces-nie sukces. Po pierwsze jakby do tego liczbowo nie podejść, to schudłem dopiero 2,7 kg i to w pierwszej fazie, kiedy jak wiadomo, kilogramy uciekają najłatwiej. Z drugiej strony – nie ma co marudzić (ja za dużo marudzę w życiu…) i trzeba się cieszyć, że w ogóle coś zeszło. Zawsze mogłem przecież przytyć, w końcu nie takie cuda nauka radziecka odnotowała. No ale zupełnie szczerze to liczyłem na więcej. Wiem oczywiście z czego to wynika. Wciąż jeszcze za mało od siebie daję, wciąż za mało serca wkładam w mój wielki plan. Na przykład dopiero dziś wznowiłem bieganie. 4,05 km, ale końcówka to była już czysta walka z samym sobą. Fuck! 4 km! Tyle się średnio biega w Afryce po wodę! W jedną stronę! Kilkanaście razy dziennie!

Już dobrze, już dobrze. Nie ma co się katować, nie ma co się unosić, jeszcze człowiekowi żyłka pęknie. Ważne że zacząłem.

Dziś posprzątałem chatę. W przeważającej mierze oznaczało to stoczenie batalii ze stertą zaległych rachunków, dokumentów wszelakiej maści, wezwań, poleceń, zawiadomień itd. I oczywiście się poznajdywały różne rarytaski. Bilety z koncertów, listy, pożegnalne kartki. Niektóre przywoływały wspaniałe wspomnienia, niektóre mnie rozrzewniały, rozsupłując na chwilę zbyt luźno zawiązany koniec jakiegoś wspomnienia z przeszłości. Ale gdy znalazłem trzy zdjęcia USG mojego syna… Ja nie płaczę. Czasem jak grają polski hymn na olimpiadzie, ale te zdjęcia to za wiele. Nawet dla kogoś, kto nie ma genetycznie wykształconych kanalików łzowych. Głupi kawałek papieru, ale więcej niż tylko symbol. Jeżeli moje życie kiedykolwiek dzieliło się na jakieś „przed” i jakieś „po”, to świadectwem tej cezury jest właśnie to zdjęcie. Życie bywa cholernie ciężkie. Zwłaszcza, gdy człowiek nie potrafi osiągnąć tego, do czego dąży. Jest jeszcze cięższe, gdy człowiek nie jest do końca pewien, do czego dąży. Ale dziecko… syn… sprawia, że te wszystkie trudności i niepowodzenia tracą na znaczeniu. Wszystko jest mniejsze w majestacie tego, że na świecie jest jakieś życie, które pochodzi bezpośrednio z mojego życia. Zawsze mnie bawili ludzie, którzy twierdzili, że dziecko komplikuje życie. Bo się rozstać w razie czego ciężej. Ja przeżyłem różne rozstania i jedno wiem na pewno, gdybym nie miał w swoim życiu syna, to… to właściwie nie wiem co. Dziecko sprawia, że człowiek nie musi nawet myśleć o takich rzeczach. To nie jest powód do szczęścia, czy radości. To jest powołanie. Nawet jeśli się zjawia w Twoim życiu jak grom z jasnego nieba. Każdego dnia dziękuję losowi, że jestem ojcem.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s