Męskie przemyślenia pod wpływem lektury babskich pisemek

Zupełnym przypadkiem wpadł mi ostatnio w ręce lipcowy numer „Twojego Stylu”. Z zamierzchłych czasów małżeńskich zapamiętałem, że pismo to jako bodaj jedyne, przynajmniej z dostępnych ładnych kilka lat temu, zawierało oprócz niezrozumiałych dla mnie artykułów o absurdalnych trendach w modzie, fryzjerstwie, makijażu i pozowaniu do zaśniedziałych luster, również naprawdę dobre artykuły i wywiady. Przede wszystkim wywiady. To one poniekąd nadawały wydawnictwu sporo klasy i odróżniały od niezmiernie głupich gazetek o świętym prawie do orgazmu polskich gospodyń domowych i cellulicie gwiazd. Paradoksalnie (a może właśnie nie paradoksalnie) większość tych wywiadów przeprowadzano z mężczyznami. Mądrze dobranymi, ciekawymi, mającymi na tyle barwny życiorys i dorobek twórczy, że wplatane w dialog kwestie dotyczące stosunku do kobiet, podejścia do związku, fascynacji erotycznych itd., stanowiły zawsze jedynie ozdobnik, a nie meritum artykułu. Pamiętam, że w każdą sobotę rano robiłem sobie kącik prasowy. Moje dwie, święte godziny, wykradnięte około południa dzięki drzemce synka. Najpierw Wyborcza, z ciekawości świata i głodu intensywnych informacji w pigułce, potem Wysokie Obcasy (żona zazwyczaj zasypiała ilekroć młody spał, więc nikt nie patrzył) głównie w poszukiwaniu pikantnych, dziwnych tematów, potem jak zostało trochę czasu „Twój Styl”. Pewnie wypadałoby ubogacić tą listę jakimiś samczymi magazynami, ale po prostu nie dało się. Próbowałem nie raz, ale „męskie” czasopisma to po prostu tragedia poniżej wszelkiego poziomu. Najbardziej znośny z tego wszystkiego był swego czasu Playboy, w którym zapadł mi w pamięci naprawdę dobry wywiad z Nickiem Nolte, w momencie gdy facet docierał powoli na szczyt swojej kariery aktorskiej, a jednocześnie zaczynał nabierać pędu po stronie opadającej swojej górki alkoholowej. Wspaniała, wyzywająca, błyskotliwa rozmowa ze starym zbereźnikiem i pijakiem. Tym nie mniej, nie potrafiłem się nigdy wkręcić w kolorowe gazetki z gołymi laskami, szybkimi furami, całymi rozdziałami o męskich gadżetach i kawałami, w których śmieszna była tylko skala ocen (np. 4 – śmieszy po 4 piwach).

No więc, gdy wpadł mi kilka dni temu do rąk lipcowy „Twój Styl”, z nudów, starych przyzwyczajeń i też ze zwykłej ciekawości, zacząłem wertować strony. Szybko moją uwagę przyciągnęła znajoma, nieco obwisła już gęba pana Pilcha. Jak zawsze ujęta w artystycznie wypozowanym nieładzie, stylowym roztargnieniu i z lekceważącym, krytycznym spojrzeniem. No i nieodzowna czarno-białość fotografii, zabieg który pozwala z nawet największego żula wyciągnąć oblicze intelektualisty (wiem, bo sprawdziłem). Choć zaznaczam, kapcieje pan, panie Jurku. Nie ta ostrość rysów, nieco za dużo zwisów, nieco za dużo zmęczenia i znużenia w tym przebiegłym spojrzeniu. Skądinąd wiem już, że ten wystylizowany portret należy uzupełnić zdumiewającą ścieżką dźwiękową, bo miałem okazję wysłuchać godzinnej audycji z panem Pilchem (proszę mi wybaczyć, nie chce mi się bawić w poprawność literacką i szukać zamienników w stylu: „laureat Nike”, „twórca Pod mocnym aniołek” albo nie daj Bóg „wybitny polski pisarz”), który najzwyczajniej w świecie marmoli, jakby każde słowo zamiast wypowiedzieć, musiał zwymiotować. To chyba dobre określenie. Co ciekawe, w środowisku literackim Pilch dorobił się opinii legendarnego kobieciarza, nota bene stara się tą opinię w wywiadzie całkiem mądrze skontrować. Jak sam o sobie mówi: zawsze to on kochał dłużej. Ale… pijakom nie należy nigdy do końca wierzyć. Bardzo podoba mi się otwartość, z jaką przyznaje się do teoretycznie wstydliwych kwestii. „Czemu piszesz? Bo pragnę sławy i uwielbienia”. Pamiętam, że Miłosz też tak kiedyś odpowiedział dziennikarce. Ten Miłosz! Sumienie i głos kilku pokoleń Polaków!

Swoją drogą, to zachwycające, jak potrafi prowadzić rozmowę z panią redaktor. Można jakby między wierszami znaleźć w jego słowach klucz do sposobu uwodzenia kobiety. Przynajmniej do jego sposobu. Szczerość, stonowana błyskotliwość, subtelne lawirowanie między rozbrajającą łatwością przyznawania się do własnych błędów, a ciągłą potrzebą bycia zauważonym, docenionym albo wręcz… uwielbianym. Ale właśnie przez kobietę. Poza tym, jak oprzeć się facetowi, który nie znając wcześniej tytułu ulubionej powieści pani redaktor, potrafi z pietyzmem zacytować jej pierwsze zdania, jakby była to najważniejsza książka w dziejach ludzkości. Trzeba w dzisiejszych czasach pewnej uczciwości i odpowiedzialności twórczej, aby w każdej opisanej historii miłosnej potrafić podkreślić, że autor zakochuje się dokładnie tak samo, jak mężczyźni zakochiwali się od wieków – w urodzie, w wielkich oczach, w pieprzyku, w smukłej szyi, w długich nogach, dużych biustach, konturze stringów widocznym przez materiał spodni albo sukienki, w zapachu kobiety, w tonie jej głosu. Nie w jakichś tam wartościach niematerialnych i prawnych, jak inteligencja, mądrość czy ulubieniec pokolenia moich rodziców – „życiowość”. Lepiej chyba mieć tyle uczciwości w sobie, żeby potrafić się przed samym sobą (a tym bardziej przed swoimi czytelnikami) przyznać, że ulega się swoim popędom i nie ma nic przyjemniejszego, niż poddanie się prostemu, atawistycznemu, niekontrolowanemu zauroczeniu.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „Męskie przemyślenia pod wpływem lektury babskich pisemek

  1. emprywatna pisze:

    ciśniesz ciśniesz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s