Nieśmiały powrót na łono literatury

Zazwyczaj po takiej przerwie w pisaniu zaczynam od z dna serca wyciągniętych przeprosin, że tak długo nie piszę. Ale obserwując licznik odwiedzin stwierdzam, że chyba mogę sobie podarować.

Pracuję w nowej firmie czwarty tydzień, a na moim regale zdążyła się już zakurzyć cała masa książek o zarządzaniu. Śmiać mi się chce z nich, czy raczej z samej idei, żeby do pracy na stanowisku kierownika przygotowywać się na podstawie amerykańskich książek dla upośledzonych lub potwornie nudnych polskich opracowań, które brzmią jak praca habilitacyjna, a nie jak lektura która mogłaby komukolwiek w czymkolwiek pomóc. Oczywiście bawi mnie najbardziej ten dysonans między głupotami, o których piszą w fachowcy książkach, o różnych typach osobowości, o różnych postawach w zależności od interfejsu człowieka itd. A już najfajniejszą kategorię stanowią teorie na temat zarządzania konfliktem. Tak! Bo przecież konfliktem się zarządza, a nie rozwiązuje 🙂 Tego mnie przynajmniej nauczyły lata unikania pracy u poprzedniego pracodawcy. Natomiast u mojego nowego pracodawcy zarządzanie konfliktami jest procesem bardzo usystematyzowanym, który nie trwa zwykle dłużej niż 30 sekund. W sytuacji konfliktowej ustala się w toku burzliwej debaty, kto sięga wyżej, a kto wyżej wała nie podskoczy, a ostatnie 10 sekund „procesu zarządzania konfliktem” wypełniają ekwilibrystyczne przykłady poetyckich zastosowań słowa „kurwa”. Zakładałem, że odchodząc z ALU będę miał problemy z przestawieniem się na taki typ zarządzania, zwłaszcza na tolerowanie takich form komunikacji. A tymczasem już w pierwszym tygodniu zaliczyłem pierwszy zarząd, pierwsze inwektywy, choć przekazywane w wysublimowany i błyskotliwy sposób. A wczoraj po raz pierwszy musiałem opieprzyć przy całym zespole jednego pana, który pozwolił sobie na bardzo niemądrą i brzemienną w skutki uwagę w gronie, które na takie uwagi tylko czeka. Długo się zbierałem w sobie, zanim przystąpiłem do opieprzania i prawdę mówiąc miałem pełno obaw. Bo co innego wdawać się w elokwentne potyczki słowne po pół litra, a co innego merytorycznie i zasłużenie kogoś ochrzanić i to przy kolegach. Ku mojemu zdziwieniu poszło dobrze. Każdy pozostały członek zespołu zamilkł i wlepił oczy w swój ekran, ja wygłosiłem swoją mowę oskarżycielską, oskarżony zachował się jak rozwydrzony bachor, który czuje swoją winę ale nie lubi dostawać psztyczka w nos przy kolegach, po czym dołączył do nich i również spuścił głowę i wlepił wzrok w ekran. I to był pierwszy raz, kiedy w moim zespole i w ogóle w open spejsie, w którym siedzimy, zapanowała cisza. I choć nie brzmi to najlepiej, to… it felt good!

Ah no i oczywiście absolutnie nie mam czasu na pisanie oraz umęczanie duszy wspomnieniami, żeby się łatwiej pisało. I oczywiście pisać będę 🙂

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s