O diabłach i demonach

Jak można się po mnie spodziewać, strasznie nie będzie. Mam talent do różnych nastrojów literackich, ale nie do grozy i horroru.

W moim życiu przytrafia się ostatnio wiele przypadków. Choć z przypadkami to wiadomo jak jest… niby przypadki, a gówno nie żadne przypadki. Wszystko gdzieś tam jest zapisane, wszystko przytrafia się tak naprawdę po coś. W każdym razie zaczęło się od męczącej ciekawości: jak to możliwe, że czołowe miejsca na liście przebojów Trójki zajmuje od wielu tygodni jakiś denny kawałek po czesku? Takie brzdąkanie na gitarze i prześmieszny z racji swojej czeskości tekstu utworu, z rozbawiającym mnie do łez fragmentem „tak mi tu dasz” czy coś w ten deseń. Wytężyłem swoją rozleniwioną percepcję i zapamiętałem wreszcie nazwisko autora: Jaromir Nohavica. Czeski pieśniarz, bard i poeta o statusie i charyzmie wieszcza narodowego. Znany i poważany, jak łatwo się domyślić (serio… starczy sobie wygooglować zdjęcie jego twarzy…), przede wszystkim z tego, że do cna przechlał calutkie swoje dotychczasowe życie. I tu kolejny przypadek mnie dopadł: toć przecież ja tą gębę zaoraną zmarszczkami i postlibacyjnymi plamami opadowymi skądś kojarzę! Oczywiście kojarzę z ponurego czeskiego paradokumentu „Rok diabła”, który mi się kiedyś przewinął pośród milionów filmów, które obejrzałem w pracy. Nie pamiętam o czym traktowała ta nieco niezrozumiała dla nie-Czecha fabuła, ale większość uwagi poświęcono właśnie mrocznej stronie pania Jaromira, który zresztą o każdym swym upodleniu alkoholowym opowiada z otwartością i pewną mesjańską radością człowieka, któremu zostało już w życiu tylko ewangelizowanie bliźnich w zakresie niepicia wódy. To oczywiście bardzo ważny i zaszczytny gest, ale tym trudniej się ogląda taki czeski moralitet. Zresztą… i tak jest nie do przebrnięcia, bo autorzy poprzeplatali (nie)wesołe pijackie historie czeskimi piosenkami w stylu „wczesny Kazik”, których niestety zapomniano przetłumaczyć. Więc nie mówiący po czesku odbiorca filmu jest pozbawiony niezwykle niewymiernej ale na pewno ważnej okoliczności, która pozwala to dziełko zrozumieć w pełni. A tak… czeski film 🙂 Znowu płynę w dygresje… Wielką puentą tej wylewnej historii jest kolejna teoria o chlaniu. Tak! Każdy szanujący się pijak, zwłaszcza pijak-artysta-bard narodowy, musi mieć swoją teorię na temat uchlewania się wódą. Teoria pana Jaromira ma wszelkie przymioty takich pijackich teorii: jest prostacko banalna, naiwna, głupiutka i zakłada swoistą mierzalność oraz występowanie konkretnych milestone’ów. W skrócie: każdy pijak ma swoją górę. Najpierw wspinasz się na szczyt, czyli przeżywasz coś co można by nazwać „złotym wiekiem pijaństwa”. Po wódce wychodzi z ciebie elekwentny lew salonowy, szarmancki podrywacz i ognisty kochanek, po wódce piszesz pełne emocji wiersze, powieści i przemądre utwory muzyczne itd. A potem docierasz do szczytu swojej góry i zaczyna się coraz szybsze i brutalniejsze staczanie na samo dno. Oczywiście do tego dochodzi cała pijacka „sfera naukowa” na temat tego, kto ma jaką górę, pod jakim kątem nachylone jej zbocza itd. Rok diabła to w pewnym sensie ten przejściowy czas na szczycie, kiedy w życiu człowieka „pozytywne” skutki alkoholizmu ścierają się z oczywistym złem wynikającym z picia, a jednocześnie człowiek nadal żyje w ułudzie, że ma wszystko pod kontrolą. Otóż, przechodząc do kolejnego już sedna tego wpisu, przy okazji wyprawiania ostatniej odsłony moich urodzin, ja i moi przyjaciele z czasów liceum przekonaliśmy się, że jeden z nas dotarł na szczyt swojej góry i przeżywa Rok diabła. W pewnym sensie nie ma w tym nic dziwnego i zawsze przeczuwaliśmy, że prędzej czy później takie wątki się pojawią. Nie chodzi nawet o dość szczególne zamiłowanie chłopców z mojej klasy do alkoholu. To zwykła życiowa statystyka. Kilku trafi jakiegoś raka, z jeden będzie miał depresję, kilku wyłysieje, kilku zostanie alkoholikami. Ale nie myśleliśmy, że to nastąpi tak szybko. A tu pijacki zgon po kilku piwach i kieliszkach… i to zawodnika, który w drugiej klasie liceum dosłownie wynalazł w naszym gronie popijanie wódy piwem. A potem nocne majaki, patrzenie niewidzącym wzrokiem udręczonego demonami umysłu. Heh, za dużo Pilcha czytam 🙂

Swoją drogą w końcu wróciłem na łono matki literatury. To znaczy… ja cały czas aktywnie piszę mój pomnik trwalszy niż ze spiżu, ale z czytaniem to słabiutko było ostatnimi czasy. Koncentrowanie się na wynajdywaniu w sobie problemów nie sprzyja najwidoczniej czytaniu. Ale skoro Pilch po latach w końcu coś napisał, to nie wypadało nie kupić.

„Wiele demonów” to wspaniały przykład literatury pisanej dla samego siebie, z czystej potrzeby zabawiania samego siebie. To niezwykle hermetyczna, przesączona magicznym, luterańskim wspomnieniem dzieciństwa opowieść o… jak zawsze właściwie nie sposób opowiedzieć o czym. O proroku żyjącym w czasach wielkich dygnitarzy? Sam nie wiem, bo nie dotarłem do setnej strony jeszcze. Ale czyta się jak rasowego Pilcha… natchniona opowieść, w której każde zdanie niezbicie wynika z poprzedniego, choć ta niezłomna literacka logika służy do opisywania kompletnie surrealistycznych scen.

No no no… się szarpnąłem na wyintelektualizowany komentarz… muszę częściej pisać, bo po takiej przerwie grafomania bierze górę nad wszystkim.

Druga nad ranem wybiła. Good night and good luck!

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s