Myśli nadrobione 1

Wczoraj odhaczyłem kolejny punkt z mojej „bucket list”. Poszedłem na mecz żużla. Jak mi później wytłumaczył sąsiad, poszedłem nieprzygotowany, ponieważ prawidłowe pójście na żużel zaczyna się przynajmniej dwie godziny przed meczem wizytą w monopolowym. Jest to całkowicie uzasadnione. Żużel jest dokładnie tak nudny, jak sobie to zawsze wyobrażałem. Miałem nadzieję na jakieś wrażenia okołosportowe, siadając na trybunie obok trybuny kibiców Unibaxu Toruń, ale poza kilkoma częstochowskimi rymami na temat minusów bycia Bydgoszczaninem, emocji specjalnie nie było. To swoją drogą niesamowite, jak poczucie przynależności do jakiejś ekstremistycznej grupy (np. kibicowskiej) wyzwala w ludziach odwagę i otwiera w nich to, co najlepsze. W miarę jak tłum pił, wiwatował i wyzywał wszystko i wszystkich, którzy mogą mieć cokolwiek wspólnego z Bydgoszczą, nawet najbardziej opaśli faceci zdejmowali białe T-shirty i wywijali nimi w powietrzu. Pod koniec imprezy całe to zbiegowisko przypominało żywą reklamę McDonalds 😀

Składy węgla.pl Polonia Bydgoszcz (…) poniosła druzgocącą porażkę, a naszym żużlowcom udało się wygrać tylko dwa biegi (z piętnastu). Co ciekawe, w barwach Torunia jeździ teraz bydgoska legenda – Tomasz Gollob, a co jeszcze ciekawsze, Torunianie nienawidzą go bardziej niż sami Bydgoszczanie, dla których nadal jest zdrajcą, bo 10 lat temu odszedł z drużyny. Jeśli chodzi o sam żużel, to serio… może nie tyle, że nie rozumiem, czym się te 10.000 ludzi, którzy przyszli na stadion, podniecają. Tylko chyba docenianie tego sportu wymaga jakiejś szczególnej wrażliwości, której ja w sobie jeszcze nie odkryłem. Będę próbował dalej…

Wczoraj pożegnałem się ostatecznie z pracą. Paskudne uczucie, szczerze mówiąc. Nie ma co ukrywać, wsiąkłem w to miejsce całym sobą. To pewnie zasługa tego, że przez całe lata nie miałem najmniejszych stresów związanych z „wykonywaną pracą”, nie pracowałem pod presją czasu itd. Przez cały okres zatrudnienia nie przypominam sobie dnia, żebym nie szedł chętnie do biura. Ja byłem najrzadziej biorącym home office pracownikiem w moim zespole! Cholernie przykro było po raz ostatni pójść na fajkę i po raz ostatni posłuchać czerstwych żartów, których zakończenie zawsze wprawia człowieka w zakłopotanie. Ciężko było pożegnać się z paru słowach z ludźmi, którzy oczekiwali jakiegoś szczególnego, wylewnego rozstania. Przez lata wydawało mi się, że nie lubię zmian. To nie tak. Nie lubię kończyć wątków w swoim życiu. Wsiąkam w ludzi, przyjaźnie, w uczucia. Ucięcie tego zawsze wydaje mi się po prostu nienaturalne…

Kurde… w poniedziałek przyszła paczka od znajomego z Poznania z materiałami na temat Islandii. Wielka, pełna ulotek, notatek i książeczek koperta. Która teraz majestatycznie leży na środku mojego stołu i przypomina mi codziennie, co mnie ominęło. Oczywiście są solidne argumenty usprawiedliwiające. Przede wszystkim to, że jestem absolutnie spłukany, co mi się nie zdarzyło od… nigdy. Ale jest też odwieczna prawda, że „dla chcącego” itd. Oczywiście w takich chwilach jak bumerang wraca wkurwiające wspomnienie odprawy, dzięki której miałbym teraz cudowny motor i wiedziałbym, jak smakuje zgniły rekin (hakarla), wieloryb albo maskonur (którego nota bene można sobie samemu złapać siatką i zatłuc pałką, a potem zjeść… surowy kraj ta Islandia…).

Pojadę tam… nie wiem kiedy, nie wiem za co i nie wiem czy pojadę… ale pojadę!

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s