Wpis bezpański, głównie o zmianach, decyzjach i chlaniu

Świat staje na głowie. A ja chyba zaczynam wierzyć w fatum i takie sroty pierdoty. Od momentu, gdy złożyłem wypowiedzenie w dotychczasowej pracy, ze wszystkich stron świata zacząłem otrzymywać inne oferty. Jedna egzotyczniejsza od drugiej. Oczywiście nadal realizuję operację „Kieras” i od czerwca biorę się za zarządzanie bandą starych, zmanierowanych konstruktorów i projektantów, którzy są jedynym naprawdę niezmiennym i nietykalnym elementem firmy. Bo przecież nie kierownik 😀 Ale! Jednocześnie do końca sierpnia mam czas na rozważenie nowej propozycji z okolic Wrocławia. Propozycji tak nierealnie kuszącej, że nawet taki opornik jak ja musi ją poważnie rozpatrywać. Heh, to jest śmieszne… jeszcze rok temu perspektywa wyprowadzki z Bydgoszczy była dla mnie tak abstrakcyjna i stresująca, że byłem w stanie ją rozważać czysto hipotetycznie, ale wyłącznie z najwyższych możliwych pobudek. A dziś… Nie mam pojęcia jak to się stało, ale dziś patrzę na to po prostu diametralnie inaczej. I nie potrafię w sumie stwierdzić czemu, bo choć trzymają mnie tu nadal te same rzeczy, co dawniej, to jednak pierwszy raz czuję, że to tylko rzeczy. Sprawy… Coś, co da się rozwiązać i ustawić tak, żeby grało. Nie wiem… może wystarczyła jedna, samodzielnie podjęta „życiowa” decyzja, żebym zmienił sposób myślenia. Może… w sumie nieważne. Na tą chwilę dziś przygotowuję się do menedżerowania (czytam mądre książki, które wprawiają mnie po dwóch stronach w stan katatonii) i jednocześnie łapię się na snuciu wizji o pracy pod Wrocławiem. Jak dobrze pójdzie to za parę miesięcy będę miał całkiem przyjemny dylemat. Heh, żeby było weselej, w piątek rano miałem 40-minutową rozmowę z jakąś uroczą panią z Atosa, która z jednej strony strasznie chciała przeprowadzić ze mną rozmowę rekrutacyjną, a z drugiej miała sporo wyrozumiałości dla faktu, że przechlałem pół nocy. Tym nie mniej, nie była to jedna z tych sytuacji, w których „manie w dupie” przynosi niespodziewanie pozytywny rezultat.

Nie powiem, żeby ostatnie dni były śmieszne. Nie pamiętam chyba kiedy ostatnio byłem tak spięty. Widzę, że moje życie układa się ostatnio według klasycznego wzorca greckiej tragedii – narasta napięcie, główny bohater ma coraz to więcej przeciwności losu i dramatycznych decyzji do podjęcia, aż przychodzi punkt kulminacyjny i wszystko na raz w jakiś przedziwny sposób zaczyna się rozwiązywać. U mnie punktem kulminacyjnym była chyba decyzja o rzuceniu wypowiedzenia w pracy. Jak się nad tym zastanowić, to nie ma ona aż tak doniosłych konsekwencji, żeby być punktem zwrotnym klasycznej tragedii, ale… była to nareszcie decyzja, którą podjąłem sam. I co ciekawe, zacząłem nagle podejmować kolejne…

Przez ostatnie miesiące gryzłem się między innymi z tym, co zrobić z moją półtoraroczną przygodą z psychologią. Z wielu względów chciałem urwać terapię, choćby dlatego, że w najważniejszych kwestiach w życiu dalej popełniałem dokładnie te same błędy co dawniej, a poza tym ostatnie 6 miesięcy to był już czysty absurd i zakładanie tak śmiesznych hipotez psychologicznych, że nie byłem w stanie dalej biernie udawać, że da się w cokolwiek z tego wszystkiego uwierzyć. Nie dało się. Ale ciągnąłem. Z szacunku do czyjegoś autorytetu, który mówił że ten cyrk trzeba ciągnąć, ze strachu przed podjęciem decyzji pewnie… Gdy się nad tym głębiej zastanowię, to chyba jest jakieś proste wytłumaczenie, dla którego przez półtorej roku płaciłem co tydzień 100 złotych za możliwość gadania do kogoś, kto nawet nie udzielał mi głupich porad, tylko chłonął te moje toksyczne wyziewy jak mop. A wytłumaczenie to całkiem proste – zawsze lepiej mieć jakiś powód, wierzyć że jest jakieś sedno sprawy, które sprawia, że coś mi się w życiu nie układa. Bo jak takie sedno istnieje, to można marnować spokojnie czas i pieniądze, żeby je odnaleźć. Człowiek ma plan działania, cel, wytyczoną drogę do sukcesu. A życie z całą swoją paletą niejednoznacznych szarości ma to do siebie, że rzadko podrzuca człowiekowi jedną, konkretną przyczynę, jedno niepodważalne sedno…

Dziś jest czwarty wieczór z rzędu, gdy piję. Było picie kameralne, potem licealne, potem pokutne, dziś piję po dżentelmeńsku, czterdziestoprocentowe trunki i żadnej popitki poza letnią herbatą. Zauważyłem, że z każdym rokiem proces celebrowania moich urodzin nabiera coraz większego rozmachu i bezwładności organizacyjnej. Ludzie po prostu przychodzą wieczorami, przynoszą wódę i się pije. A największe wydarzenia dopiero przede mną. Jeśli przeżyję najbliższą sobotę, to na pewno nie jako ten sam człowiek 🙂

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s