Prawo Murphy’ego

Prawo Murphy’ego mówi zasadniczo, że jak się ma zjebać, to się na pewno zjebie. Właściwie to inaczej, prawo to mówi, że prędzej czy później zawsze się w końcu zjebie. Nie chcę teraz na siłę wpasowywać tej internetowej „mądrości” w meandry mojego żywota, bo to taki banał, że właściwie do wszystkiego da się przypiąć, ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że za bardzo kurczowo się tej filozofii w życiu trzymam. Zawsze przygotowuję się na najgorszy możliwy scenariusz. Zawsze. Oczywiście w wielu sytuacjach sprowadza się to wyłącznie do uświadomienia sobie najgorszego scenariusza, bo zwyczajnie zaradzić się mu nie da, ale już samo dostrzeżenie najgorszego możliwego rozwoju wypadków daje człowiekowi swego rodzaju naiwny spokój – w końcu jak już się zjebie na całej linii, to i tak się to przewidziało przecież. Takie podejście ma pewien plus – rozczarować można się tylko pozytywnie. Ma niestety też taki minus, że człowiek myśli o wiele za dużo w przypadku decyzji obarczonych ryzykiem. I zamiast brać w ciemno tłustą odprawę i wyrwać się z bezpiecznej posadki bez żadnych perspektyw rozwoju w korporacji, człowiek myśli sobie o kredycie, który musi co miesiąc zapłacić, kasie na przedszkole, dwóch tankowaniach ropniaka w miesiącu itd. itp. I człowiek przyjmuje kolejne stanowisko bez żadnych perspektyw, uspokajając się wizją zabezpieczenia status quo, które przecież zawsze może być odskocznią do czegoś nowego w nieokreślonej przyszłości (tak, tak, na pewno bliższej…). Ale oprócz Murphy’ego jest też złośliwość losu, dzięki której tydzień po podpisaniu przejścia na stanowisko i pogrzebaniu tłustej odprawy, nagle dzwoni telefon z ofertą z innej firmy, której po prostu nie można odrzucić.

Jak sobie pomyślę o motorze, który mogłem za tą kasę kupić…

No ale trudno. Jest z tej lekcji jeden morał i to uniwersalny – trzeba w życiu ryzykować. Można zakładać najgorsze scenariusze, można się na nie przygotowywać, ale trzeba ryzykować. Tak naprawdę to mnie nie męczy sam fakt, że straciłem możliwość zainkasowania odprawy. Mnie po prostu wkurwia to, że przemyślałem wszystko i świadomie podjąłem decyzję o przyjęciu odmóżdżającej, bezpiecznej roboty, której absolutnie, w żadnych warunkach nie chciałbym wykonywać.

Niby ilekroć człowiekowi się wydaje, że sięgnął dna, zawsze jest ktoś, kto puka od drugiej strony podłogi. Czy jakoś tak… ja wczoraj osiągnąłem dno. Nie wiem w sumie, jak to się stało. Po prostu przez ileś dni wzbierała we mnie nieprzeparta tęsknota i chyba już nie miałem siły tego magazynować w sobie. Domyślałem się jaki będzie efekt zagadania, w rzeczywistości był chyba nawet gorszy niż przypuszczałem. Heh, jeden raz rzeczywistość przerosła pana Murphy’ego 🙂 Wiem, że nie jestem niewolnikiem takich zachowań, wiem że potrafię to kontrolować, a jednak czasem jak każdy nałogowiec potykam się. Przestałem się już winić i biczować za te potknięcia. Widać to jest mi do czegoś potrzebne. Może to mój proces trzeźwienia po prostu. A może próbuję jakoś odczarować i złagodzić brutalną rzeczywistość. Co jest w sumie durne… bo choć prawda to pojęcie zupełnie subiektywne i każdy ma swoją prawdę, to koniec końców fakty są zawsze faktami. A rzeczywistość jest jaka jest. I najwyższa pora się z tym pogodzić…

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s