Bajka o starym indianinie

Po pierwsze to witam po krótkiej przerwie. Ostatnie cztery doby spędziłem w miejscu totalnego odosobnienia, błogostanu, krainy w której liczy się tylko niezaburzanie naturalnego rytmu rzeczy. Bo jak się posiedzi trochę na polskiej wsi-wsi, to człowiek zauważa ten rytm. Oczywiście najpierw trzeba się wystawić na detoks od miejskiego jazdgotu, naturalnych dla mieszczucha hałasów zbiorowości ludzkiej, przestawić z zapachu benzyny na smród obornika i kiszonki, a ponad wszystko trzeba się pogodzić z tym, że na prawdziwej wsi ludzie nie uznają pukania do drzwi, dzwonków i zawsze wszędzie po prostu wchodzą, a dopiero później zastanawiają się nad konsekwencjami. Przyznam szczerze, że dopiero czwartego dnia przestałem zaglądać na internet przez komórkę, co swoją drogą dosadny obraz tego, jak bardzo jestem uzależniony od bezsensownych odruchów zabijania czasu – wszak załadowanie Onetu na krańcu Polski i na krańcu pokrycia choćby Edge wymaga naprawdę sporego samozaparcia i dererminacji. No więc jak widać nie pisałem. Zresztą nie byłbym w stanie nic napisać, miejsce w którym dryfowałem przez ostatnie dni poza nurtem „właściwego” życia ma to do siebie, że odbiera człowiekowi z miasta wszelką motywację do wykonywania miejskich czynności, w tym pisania bloga. Nawet nie chcę się zastanawiać, co by było, gdybym kogokolwiek zapytał tam o pisanie bloga…

Ale ale, bo widzę że w miarę odżywania we mnie miejskich odruchów znów się rozdrabniam na dodatkowe wątki i poboczne autodyskusje. A miała być bajka o starym indianinie. Usłyszałem ją w dość nietypowych okolicznościach, choć nietypowe okoliczności stają się w ostatnim czasie zupełnie naturalnym elementem mojej codzienności. Ale znów płynę w poboczności… Był sobie stary, mądry, doświadczony przez życie Indianin, dajmy na to wódz wioski. I pewnego dnia jakiś młody członek plemienia, dajmy na to wnuk, zagadnął go o coś (nie pamiętam zupełnie o co, ale to nie miało wpływ na losy historii i puentę). Stary, mądry Indianiny powiedział mu: mam w sobie dwa wilki, które nieustannie ze sobą walczą. Jeden jest agresywny, wrogi, żądny krwi, mściwy, pamiętliwy, zazdrosny. Drugi jest dobry, pogodny, pomaga innym i opiekuje się słabszymi. Na to młody Indianin pyta: a który wilk wygra? Na to starzec krótko i z jakąś niewysłowioną głębią w oczach (to już sam dorabiam…) odpowiada: ten, którego będę karmił.

Nie chciałbym teraz wchodzić w zasadność wrzucania do jednego worka takich cech jak ambicja, agresja i mściwość, bo to osobne rozważania. Kluczowa w opowieści jest oczywiście puenta. Myślę, że większość z nas ma w sobie jakąś piękną wizję siebie. Co „lepsi” dążą do jej realizacji, reszta zadowala się błogostanem wynikającym z samego marzenia. Mamy też w sobie to coś złego, tą ciemną stronę medalu, która się pokazuje, ilekroć ulegamy, działamy lub myślimy w sposób, który jest dla nas destruktywny. I choć wiemy, jak to się skończy, to jednak jakaś słabość czy raczej wola poddania się temu stanowi wciąga nas po uszy w czarną otchłań naszych własnych fantazji, urojeń i domysłów. Tak przynajmniej wyglądają moje dwa wilki. Mój problem polega chyba jednak na tym, że często łapię się na tym, że walczę z obydwoma…

Dziś był ważny dzień. Święto wszystkich Dobrych Wróżek. Jak zawsze miałem milion pokus, żeby coś zrobić, napisać. Skorzystać z niejasnej okazji, żeby zrobić nie wiadomo właściwie co. A tutaj… patrząc przez ostatnie tygodnie na licznik odwiedzin, wnioskuję, że mogę pisać co chcę.

Wszystkiego najlepszego, Dobra Wróżko.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s