Kasa, kasa, ale… jednak nie

Ludzie, którzy mnie zbyt dobrze nie znają, mogą odnosić wrażenie, że jestem materialistą. Właściwie to nie mogą, tylko odnoszą. Z czegoś to na pewno wynika, ale autentycznie nie bardzo wiem z czego. O ile dobrze pamiętam, mam tylko jeden markowy ciuch, moje auto wygląda jakby właśnie przekroczyło metę rajdu Paryż – Dakkar, a najdroższą rzeczą, którą sobie kupiłem przez ostatnie kilka miesięcy, były trampki. No ale nie ma co wnikać w definicje materializmu, a tym bardziej w toki myślowe ludzi z mojego otoczenia. Ja wiem swoje: nie jestem żadnym materialistą, tylko po prostu od zawsze stresowałem się kasą. Odkąd sięgam pamięcią, mam w głowie paradygmat, że trzeba się przejmować pieniędzmi. Jak byłem małym szczawikiem, modliłem się, żeby rodzice trafili szóstkę w lotka. Gdy byłem w ósmej klasie podstawówki, przeczytałem umowę kredytu hipotecznego rodziców i znałem wszelkie możliwe wyliczenia finansowe z nim związane (żeby było wesoło, wtedy oprocentowanie takiego kredytu wynosiło 27% i nie było zależne od WIBORu…). I tak dalej.

Więc kiedy ostatnio mi zaproponowano, żebym zaczął udzielać korepetycji z matmy dziewczynie przygotowującej się do matury, po pierwsze pomyślałem odruchowo: „fajnie, dodatkowa kasa”. Takiemu myśleniu nie towarzyszy nigdy plan ani potrzeba wydania tej kasy, ale to inna bajka. Anywayz, w przeciwieństwie do poprzednich przypadków, w których kwestie finansowe (oraz wszelkie inne kwestie tak naprawdę…) omawiałem zawsze z rodzicami ucznia/uczennicy, w tym przypadku wszelkie rozmowy toczyłem bezpośrednio z uczennicą. To swoją drogą niesamowite, jak wielką i niezachwianą pewność siebie mają ludzie zaledwie 10 lat młodsi ode mnie. Przepaść pokoleniowa. W każdym razie, już na pierwszej lekcji pewna siebie uczennica zaproponowała mi, żeby rozliczenia finansowe zastąpić rozliczeniami artystycznymi. Ostatecznie uzgodniliśmy, że zamiast kasy dostanę reprodukcję (na płótnie!) wybranego obrazu z okresu secesji austriackiej (ja oczywiście nie wiedziałem co to secesja austriacka, ale uparłem się, że chcę Gustava Klimta).

Tak więc tym oto sposobem wkrótce zostanę posiadaczem idealnie wpasowującej się w pustą wnękę mojej kuchni reprodukcję wskazanego obrazu. Tylko muszę się upewnić, że młoda pani artystka zda ładnie maturę 🙂

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s