Mała wycieczka sentymentalna

Z dość niespodziewanego powodu miałem ostatnio okazję przeczytać opowiadania, które napisałem dawno, dawno temu. Kilka fragmentów mnie niezmiernie ubawiło, bo zdąrzyłem zapomnieć te wszystkie anakoluty językowe, które jeszcze 5-10 lat temu wydawały mi się takie zabawne i takie „wnoszące do literatury powiew świeżości”. Trochę się z nich teraz śmieję, a trochę mi za nie wstyd. Ale ważniejsze było wspomnienie energii, którą w sobie miałem, pisząc te kilka tekstów. Jedno z opowiadań dosłownie wypadło ze mnie w ciągu kilkunastu chaotycznych minut, które nastąpiły po kilku godzinach nerwowego czekania, aż będę miał okazję osiąść do komputera, kawałka papieru, czy czegokolwiek innego, na czym dałoby się pisać. Piękne czasy to były. Nie potrafiłem jeszcze pisać, ale za to pisałem szczerze, o emocjach, dosadnie. Gdybym wtedy miał pomysł na powieść, to bym ją pewnie napisał w kilka zakrapianych wieczorów. Choć pewnie z drugiej strony nikt nie byłby w stanie jej przeczytać. Teraz mam wszystko czego potrzebuję, wiem o czym pisać, potrafię ju okiełznać swoje grafomańskie zapędy, chyba nawet potrafiłbym się trzymać jakiejśz góry ustalonej fabuły. Tylko tego jednego tak boleśnie brakuje… energii. Piszę, kasuję, piszę, kasuję, a każdy akapit idzie jak krew z nosa, do stopnia w któym czuję się z tym pisaniem niemal nienaturalnie. Jasne, mógłbym poprzestać na blogu, pisanie tutaj idzie mi w końcu dużo łatwiej. Ale mam już dosyć niedokończonych wątków w życiu.

Ostatnio coraz częściej przywołuję duchy przeszłości. Nawet nie jestem do końca pewien, czy robię to celowo, czy podświadomie. Niemal każdego dnia łapię się na fajnych wspomnieniach Kuby, mojego kuzyka, który zginął szmat czasu temu w wypadku samochodowym. Wspominam dobre momenty z liceum, nawet podstawówki, nie tylko jakieś „triumfy” naukowe, ale też pierwsze akwarium, które założyłem i które całymi tygodniami niańczyłem i dopieszczałem dzień i noc. Pamiętam pierwszy kartonowy model samolotu, skala 1:33, aliancki Westland Whirlwind z czasów drugiej wojny światowej. Pierwszy, nowy zestaw LEGO, Space Police II z PEWEXu, a nie z niemieckiego flumarku. I pierwszy raz, kiedy spróbowałem naleśnika z Nutellą i plastrami bananów podczas Weinachtmarktu w Wolfensbuttel, bodajże w grudniu 1987 roku. Pamiętam swoją pierwszą płytę CD, jakże by inaczej – „Nevermind” Nirvany. Pierwszy wyjazd do RFN, pierwsza samodzielnie przeczytana książka – „Król Maciuś Pierwszy” Korczaka, pierwszy kotek – oczywiście czarno-biała Kicia. Ja mam za dobrą pamięć do fajnych detali, pamiętam nawet kiedy po raz pierwszy w życiu powąhałem bukiet świeżo zerwany konwalii.

Fajne rzeczy nie miały wtedy drugiej, mrocznej strony medalu. Nie trzeba było nic interpretować, pozostawiać w sferze domysłów, a kłamstwo było zawsze kłamstwem. Boże… życie miało wtedy cudowny smak.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s