Potęga porannych pompek

Jakiś czas temu napisałem, że choć nie jestem w stanie zmienić tego co mam w głowie, to mogę zmienić swoje życie. I zmieniam. I co najdziwniejsze – to działa…

Przez ostatnie półtorej roku nasłuchałem się z bardzo różnych stron rzeczy o podobnym wydźwięku finalnym, który można sprowadzić właściwie do jednego – nasz mózg to komputer, którym wbrew wszelkim pozorom da się sterować. A przede wszystkim da się poniekąd „sterować” emocjami. I muszę po raz nie wiem który już przyznać, że psychologia, przede wszystkim w wydaniu coachingowym, ma pod wieloma względami rację, nawet przy okazji siermiężnych banałów. I koniec końców nawet proste sztuczki działają. Jeśli otaczasz się negatywnymi osobami i przestrzeniami, Twoje emocje nasiąkają takim otoczeniem. W moim przypadku strasznie znamienny stał się schemat regularnego picia z kumplem. Zawsze 0,7 litra „a potem się pomyśli”, zawsze dokładnie te same tematy, zawsze te same, prostackie wnioski, nigdy nic konstruktywnego. I potem bolesne poranki, kiedy nie wiesz nawet na czym się bardziej skupić – na totalnym braku energii do życia czy na nieustannym odruchu wymiotnym.

Wierzę… właściwie to wiem, jestem tego pewien, że można sobie przekreślić życie na własne życzenie. Można utknąć okrakiem, jedną nogą tkwiąc w przeszłości, w żalu wobec ludzi, którzy już dawno z Twojego życia się ewakuowali, drugą taplając się w przyszłości, której przecież nie ma, w marzeniach, fantazjach, pisaniu nierealnych scenariuszy. W ten sposób człowiek nigdy nie żyje, bo w każdej chwili omija go teraźniejszość. Wierzę, że są ludzie, którym życie bieżącą chwilą przychodzi naturalnie, właśnie tacy ludzie są najszczęśliwsi. I wierzę, że jeśli człowiek tak nie ma, to mając tą świadomość, może się tego nauczyć. Bo ludzie MOGĄ się zmieniać. Fleja nigdy nie będzie pedantem, ale może być fleją, która nauczy się dbać o porządek, nawet wbrew sobie. To zawsze kwestia wyboru.

Od kilku tygodni zamiast próbować rozwiązać nierozwiązywalne problemy, które są już tylko w mojej głowie, dyscyplinuję swoje życie. Każdego poranka wstaję prawie godzinę wcześniej, niż wstawałem do tej pory. Zaczynam od 24 pompek (dokładam jedną na tydzień). Swoją drogą to jestem przerażony tym, jak ciężko mi wrócić do normy z liceum. Zdrowy człowiek powinien być w stanie zrobić 50 pompek bez problemu. Z drugiej strony, mój kumpel z liceum zwykł mawiać, że tylko dojście do pierwszych 50 pompek stanowi problem, potem już z górki (jego rekord to 33o pompek za jednym razem…). Potem seria ćwiczeń na brzuch, potem przez cały dzień mądre jedzenie i niemądre papierosy. Widzę, że na końcu tej „ściężki samodoskonalenia” czeka mnie rzucenie palenia. Już nawet nie chodzi o względy zdrowotne, ja po prostu wymiękam przy bieganiu, zwłaszcza w terenie. Uświadomiła mi to ostatnia sobota, kiedy to moją ulubioną trasę 7,1 km musiałem sobie rozłożyć na kilka etapów, bo płuc nie starczało. Efekt tego wszystkiego jest taki, że w sobotę rano ważyłem 91,8 kg. Najmniej w historii ważenia… 🙂 Kusi mnie przymierzenie czarnej koszuli, ale to dopiero przy 87 kg.

Nie ma co ukrywać – dyscyplina przychodzi mi z dużym trudem. Odkąd pamiętam, miałem w sobie pewne zapędy… nihillistyczne, które przekładały się na użalanie się nad sobą, czy na popadanie w marazm. Zmuszanie się do pewnych czynności przychodzi mi jednak coraz płynniej i to już po kilku tygodniach. Gdy rano ćwiczę, nie zastanawiam się już nad tym, czy nie lepiej było w tym czasie spać, ani nie marzę o sześciopaku. Po prostu to robię. To taki „cold cranking”, rozruch na zimno dla duszy. Pokonanie bariery niemocy daje siłę do zmiany myślenia. I to działa. Znowu piszę, znowu czytam. Z tym czytaniem to właściwie nie ma się co wyhylać, dopiero dziś wziąłem książkę do ręki. Ale czuję, jak budzi się we mnie ciekawość, głód aktywności. Póki co, ćwiczę, biegam, a moje mieszkanie od paru tygodni jest tak czyste, że moja mama nabrała przekonania, że potajemnie mieszka ze mną jakaś kobieta. I fajnie. Jest też jeszcze jeden, zupełnie trywialny wydźwięk zapełniania codzienności stałymi czynnościami – siłą rzeczy człowiek żyje chwilą, teraźniejszością. I nawet jeśli to wciąż tylko momenty, wymagające w dodatku pracy, to to już jest dużym sukcesem. Reszta przyjdzie z czasem. W to też wierzę z całego serca.

Na koniec ostatni banał – trzeba myśleć pozytywnie. Wierzę w pozytywne myślenie, wierzę że można sobie samemu mówić po tysiąc razy dziennie „NIE”, ilekroć myśli w pozornie niekontrolowany sposób dryfują w destruktywnym kierunku. I prędzej czy później takie „NIE” dotrze. Trzeba wierzyć. I trzeba czasu. A cała reszta sama się ułoży.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s