O nauce pokory

No więc miałem kolejną przygodę ze służbą zdrowia. Przygoda miała charakter podobny do poprzednich, z tą jednak różnicą, że trwa już trzecią dobę. I chyba bardziej realistycznie tym razem „udawałem” ból, bo nie było komentarzy o rodzeniu dzieci przez mężczyzn. Rentgen, usg i gastroskopia nie wykazały w sumie niczego, na co można by zwalić moje problemy w 100%. A więc w takich sytuacjach diagnoza jest oczywista: „pali pan?”, „czasem”, „no tak…”. „Stresuje się pan?”, „czasem”, „to proszę się nie stresować”. Swoją drogą, to tak chyba musi działać. Dopóki nie ma jakiegoś wielkiego, wielobarwnego nowotworu, to są czyste domysły. Pan doktór znalazł co prawda w moim żołądku jakiegoś tam polipa, ale wyciął go na zasadzie „skoro już tu jesteśmy…”, a nie ze wskazań medycznych. Z tego całego pobolewania płynie jedna istotna korzyść: dzięki dwudniowemu wylegiwaniu w łóżku i notorycznemu odpływaniu po Tramalu moje ciało wreszcie wypoczęło. Jama brzuszna dalej mnie boli, jakby ktoś osobno otłukł młotkiej każdy organ, ale wreszcie nie czuję bólu ścięgień, stawów itd.

Wiem, że nie stwierdzam tutaj nic odkrywczego, ale przeraża mnie stan naszej służby zdrowia. Dwa łóżka obok mnie leży 75 letni, lekko przygłuchy dziadek, któremu od trzech dni nikt nic nie powiedział. On pamięta tyle, że jak go przyjmowali podpisywał zgodę na niby pilną operację. Po trzech dniach odwiedził go endoktrynolog… W międzyczasie na śniadanie, obiad i kolację dostaje całą gamę środków przeciwbólowych. Mi z kolei przez cały okres pobytu na oddziale nie przekazywano praktycznie żadnych informacji. Dziś wieczorem na przykład dowiedziałem się, że przecież mam ostry stan zapalny (leukocyty podwyższone), więc nie można mnie wypisać. Inna sprawa, że przez niemal dwie pierwsze doby powiedzenie mi czegokolwiek nie przyniosłoby większego efektu, bo albo się zwijałem w bólu oczekując na kroplówkę, albo odpływałem zwinięty w jakiejś nienaturalnej pozycji, byleby tylko kroplówki ładnie spływały. W pewnym momencie, we wtorek, miałem jednocześnie podłączone 4 kroplówki!

W poniedziałek rano zjadłem ostatni posiłek. Parówki i kawałek własnego chleba. W poniedziałek około południa wypiłem ostatnią substancję płynną. Kawę z mlekiem. To było prawie trzy dni temu!!! Żeby było weselej dziś odwiedził mnie przyjaciel. A że wracał z długiej trasy, musiał coś zjeść. Więc zszedłem z nim do bufetu i przez 15 minut patrzyłem jak je porcję flaków, potem kotelty wieprzowe w duszonych warzywach i bułkę. Bułeczkę… I jeszcze na sam koniec dodał widząc mój zdruzgotany wzrok wbity w resztki na talerzu: „średnie te flaki”.

Dobrze, że dopiero dziś przywieziono mi komputer do szpitala. Dobrze, bo dopiero dziś zobaczyłem urwaną rozmowę z poniedziałku. Jak zawsze dla każdej osoby postronnej nie byłoby w niej nic odkrywczego ani przełomowego. Dla mnie, jak zawsze, było. Znowu tracę kogoś bardzo ważnego, znowu nie potrafię się z tym pogodzić. Znowu przegrywam, tylko nie wiem z kim dokładnie. Chyba sam ze sobą. Bo koniec końców, jak się obierze taką rozmowę z grzeczności i dyplomatycznych cukierków, to… widzisz, że kogoś zawiodłeś. I to w ten najgorszy sposób. Nie tym co zrobiłeś, jak się zachowałeś, tylko tym, kim nie byłeś. Twoje hobby nie były wystarczająco dobre, Twoja wizja rodziny nie była wystarczająco przekonująca, a przede wszystkim Ty nie okazałeś się takim partnerem, dla którego warto wywalać sobie życie do góry nogami.

Kurewsko bolesna lekcja pokory…

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s