Muzycznie

Zanim dzisiejszy dzień stał się bardzo przygnębiający, zdąrzyłem po pracy ponownie nawiedzić Empik. Aż mi trochę głupio pisać o pójściu do sklepu, ale po prostu nie chcę pisać o tym co się stało wieczorem. No więc po raz drugi w tym tygodniu wpadłem do Empiku. Znowu z pewnym ociąganiem minąłem półkę z grami, na której na nadal dobrze eksponowanym miejscu stoi STARCRAFT II. Boże, jak ja dawno nie grałem… Ale nie po to przecież tam poszedłem. Kupiłem nową płytę Nicka Cave’a. Moje oryginalne zamierzenie dotyczące tej płyty było nieco inne, ale jak to bywa w życiu, czas owe wyobrażenie przeszlifował i utemperował. Nie jestem w stanie nawet stwierdzić, czemu kupiłem sobie akurat tą płytę. Może dlatego, że usłyszałem kawałek w radiu, może dlatego, że zawsze chciałem mieć własną płytę Cave’a? A może dlatego, że okładka jest tak tajemniczo piękna?

Dziś jestem już po drugim oficjalnym przesłuchaniu i stwierdzam z całą mocą, że lepszej płyty Cave’a nie słyszałem. Myślę, że (na całe szczęście) żaden z utworów z tego albumu nie stanie się hitem na miarę „Where the wild roses grow” w duecie z Kylie Minogue, nawet utwór otwierający płytę, który ma w sobie coś dziwnie radosnego, jakby to był klasyczny kawałek swingowy. Ale to bodaj jedyny „radosny” akcent na całej płycie, która utrzymana jest w napiętym, mrocznym klimacie. W kolejnych utworach trudno znaleźć chwytliwą melodię, która zapadłaby w pamięci. Może właśnie z tego powodu album jako całość jest tak wyjątkowy i zapewne nie przejdzie bez echa w świecie muzyczny, nie pozostawiając jednak po sobie żadnego „hitu”. Poprzednie albumy Cave’a i Bad Seeds, które miałem okazję przesłuchać, można ogólnie wrzucić do jednego, ogólnego koszyka: nastrojowa muzyka do seksu 😀 Tego albumu zdecydowanie nie da się tak sklasyfikować. I prawdę mówiąc nie mam póki co bladego pojęcia, do jakiego koszyka go wrzucić. Z Tomem Waitsem nie miałem żadnego problemu – dżentelmeńska muzyka do nocnego picia wódki 🙂 Ciągle nie mogę rozgryźć okładki. Ogólnie mam wrażenie, że większość okładek nie ma większego sensu i związku z danym albumem albo… czymkolwiek. Ale ta okładka jest wyjątkowa. Ja zawsze wystrojony w czarny garnitur (niemal frak) i precyzyjnie wymiętoloną białą koszulę Nick uchyla delikatnie okiennicę, wpuszczając tym samym promień światła słonecznego na nagą kobietę, próbującą zasłonić piersi i twarz. Wyczytałem gdzieś, że na zdjęciu jest jego żona, co tym bardziej mnie zastanawia, bo w innym artykule czytałem, że Nick nigdy nie poruszał w swojej twórczości tajemnic małżeńskiej alkowy. Choć w niemal każdym utworze poruszał tajemnice róznych innych alkow… Starczy zresztą wsłuchać się w tekst śpiewanych rzewnym, tęsknym głosem kawałków: „I was the match That would fire up her snatch”. No nie pozostawia to specjalnie pola do wieloznacznych interpretacji. Wers jest wręcz dosadny jak poezja stadionowa z dedykacją dla PZPNu. Ale ta rozbieżność między formą a treścią tylko jeszcze bardziej pogłębia urokliwość całego materiału. Kapitalna płyta…

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s