Most amazing thing happened…

Nie ma co ukrywać, nie ma co udawać, nie ma co pierdolić. Ostatnie dni to nie było pasmo spektakularnych sukcesów w moim życiu. I właśnie ten krzyż ciemiężący skonane plecy mojej psychiki zaniosłem w myślach na dzisiejszą terapię z panią Justynką. Bo, kochane Bravo, to już rok minął, jak chodzę na moje Looney Tunes z tą samą, jak zawsze nie do końca wysłowioną nadzieją, że się „coś” zdarzy i nagle wszystko w moim życiu zacznie samo z siebie być OK. Jak się łatwo domyślić, moment ten jeszcze nie nastał. Tak więc zaniosłem dziś wszystkie niespokojne i niepokorne myśli do pani Justynki i jak to od trzech miesięcy bywa, położyłem się z nimi na ćwiczenie medytacyjne. Wśród owych myśli jedna zdominowała pozostałe: że mam dosyć wydawania kasy na bezproduktywną terapię. Proszę sobie teraz wyobrazić, że taki z lekka przybity, maksymalnie zdenerwowany człowiek ma się na godzinę położyć na matę i zamknąć w zupełnej ciszy ze swoimi popierdolonymi myślami na medytację. Godzina!!! Kurwa! Przecieć to można pierdolca dostać z takim syfem sam na sam! Efekt mógł być oczywiście tylko jeden. Przez godzinę narastała we mnie frustracja i chęć wyrzygania pani psycholog co sądzę o jej bezsensownych teoriach. Przez cały czas leżenia z zamkniętymi oczami jedno tylko kołatało mi w głowie: „wyjść stąd, pierdolnąć drzwiami aż wyleci szyba”. Pierwszy raz dziś przerwałem medytację sam, nie na jej polecenie. Co ciekawe, pani Justynka nie była zaskoczona. Dała mi spokojnie wypluć z siebie całą gorycz, spokojnie kiwała głową, co mnie jeszcze bardziej irytowało, po czym jak zawsze kazała mi narysować intuicyjnie rysunek. To bardzo ciekawe ćwiczenie, polega w przybliżeniu na tym, aby pozwolić swojej ręce rysować bez żadnych sugestii ze strony mózgu. I narysowałem. Pełen pokręconych kształtów, chaotyczny rysunek. Po czym kontynuowałem swoją tyradę i wysyp nieukierunkowanej furii, a wtedy pani Justynka pokazała mi swój rysunek, który wykonała w połowie mojej medytacji.

Rysunek był dokładnie identyczny jak mój…

Ja autentycznie nie wiem co o tym wszystkim sądzić. Czy ja jestem taki łatwy do rozszyfrowania? Czy ona jest taka dobra? Czy może (i to mi najciężej jakoś zaakceptować) to co robię z nią od roku jednak ma jakiś sens?

Przeczytałem wszystko co napisałem i stwierdzam, że fakt, napisanie tego jest ewidentnie godne 0,7 które właśnie wypiłem z kumplem… I nawet jednej cholernej literówki nie zrobiłem! Fuck! 20 dni nie picia poczyniło w moim organizmie odwykowe spustoszenie!

Najlepsze jest to, że zaraz po terapii poszedłem do Empiku i po raz pierwszy od autentycznie nie wiem ilu lat lub dekad kupiłem sobie płytę. Tom Waits „Asylum years”. Nie wiem skąd ten wybór, niby znałem Waitsa wcześniej, ale nie na tyle, żeby świadomie wybrać go jako TEGO wykonawcę, który wyznaczy mój powrót do kupowania muzyki. Heh, zabawne w sumie, że po tak długim czasie nadal mam ten sam durny odruch przeglądania książeczki. Jakie zdjęcia, czy są wypisane teksty utworów itd. Dokładnie te same pierwsze kroki, co w liceum. Jakoś mnie to wewnętrznie odobruchało dziś. Płyta jest kapitalna. Jest 1:01 nad ranem, a ja zdążyłem rozegrać kapitalny, dwugodzinny (przegrany niestety) mecz w siatkówkę i przesłuchać nową płytę dwa razy. Brzmi trochę jak połączenie Nicka Cave z… hmmm… właściwie nie wiem z kim. Może z czym? Z trąbką i saksofonem. Dwoma nota bene bardzo irytującymi instrumentami. Tak czy siak, kupiłem płytę, mam pusto we łbie, jest naprawdę fajnie 🙂 Nie spodziewałem się dziś rano, że ten dzień się tak dobrze skończy.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s