O prędkości, zainteresowaniach i deficycie marzeń

Muszę w końcu wymyślić, w jaki sposób zmienić tytuł bloga, bo aktualny brzmi trochę zbyt grafomańsko-męczęńsko…

Co za dzień. Moi rodzice postanowili zabrać mnie na swój wyjazd „walentynkowy” na 5 dni do Austrii. Nie wiem w sumie co jest bardziej niepokojące, to że uważają że ich 31-letni pierworodny ma tak kiepskie życie, że trzeba go po prostu przygarnąć, czy że mam na tyle dobre relacje z rodzicami w tym wieku, że to w ogóle rozważają. Jak się nad tym zastanowić, oba scenariusze są równie niepokojące. No więc jadę. Mam cichą nadzieję, że w praktyce wyjdzie tak, że rodzice będą sobie gdzieś spacerować po pięknych zimowych krajobrazach rodem z nordyckich legend, a ja będę mógł sam wybrać się w towarzystwie mojej deski na lodowiec. Zdążyłem już zapomnieć, jak cudowne jest uczucie nabierania prędkości na snowboardzie. Najpierw jest leniwie i masz chwilę wrażenie, że deska grzęźnie w śniegu. Słychać dziwny trzask śniegu pod krawędzią deski, jakby szuranie mokrą szmatą po gładkim styropianie. Potem zaczyna się nabieranie prędkości, które z czasem daje się poczuć narastającym szumem w uszach, który przechodzi niemal w huk przy naprawdę dużej prędkości. A potem człowiek już nic nie czuje. Serce wali jak oszalałe, mimo dwudziestostopniowego mrozu dostajesz wypieków, świat przemyka wokół Ciebie w nierealnym tempie, a jedyne o czym udaje się człowiekowi chwilami pomyśleć jest głupia w sumie myśl, że przecież jeden zły ruch może kosztować przy takiej prędkości naprawdę dużo.

Przez długi czas umęczałem się brakiem zainteresowań. To takie sformułowanie-klucz, którego korzenie sięgają różnych debat z moimi przyjaciółmi w okresie, w którym zdecydowanie słabo radziłem sobie z samotnością. Zainteresowanie, hobby zakodowałem sobie w głowie jako coś bardzo konkretnego, wyjątkowego, coś co może odróżniać człowieka od reszty zjadaczy chleba. To takie podejście akademicko-definicyjne. W praktyce chyba chodzi o to, że zainteresowanie to raczej pasja, która zajmuje człowieka nawet wtedy, gdy inne sfery jego życia nie działają tak jak powinny. Doszło do tego, że jakoś wyolbrzymiłem tą potrzebę posiadania pasji do niebotycznych rozmiarów, jakby miało to stanowić rangę mojego człowieczeństwa, a przynajmniej wyznaczało „obiektywną” wartość jako człowieka. Jak człowiek pomyśli „zainteresowanie”, to przychodzą na myśl proste, oczywiste skojarzenia. Słuchanie muzyki, czytanie książek, granie na jakimś tam instrumencie, albo wyższa półka: zbieranie winyli, fotografia, kolekcjonowanie piłek do koszykówki z podpisami sławnych graczy i wystawianie ich na pokaz w swoim biurze na najwyższym piętrze szklanego wieżowca. Nie mam czegoś takiego. Mogę się tym biczować, zadręczać, ale nie mam. W sumie nawet ciężko mi jednoznacznie powiedzieć dlaczego tak jest, ale tak to po prostu wygląda. Kiedyś słuchałem sporo muzyki, czytałem książki, dziś nie potrafię odnaleźć ani kolekcji płyt, ani książek. Może o wszystkim przesądza mój lekceważący stosunek do dóbr doczesnych i nie przywiązywanie do nich stosownej wagi. Nie wiem. Wiem za to, że choć nie mam pasji jako takiej, mam nadnaturalną zdolność i talent do ludzi. Buduję przyjaźnie na całe życie, pielęgnuję je, pomagam ludziom i oni pomagają mi. Czasem wręcz wydaje mi się, że właśnie to jest moim hobby. Interesują mnie ludzie, lubię ich poznawać i słuchać co mają do powiedzenia, nawet jeśli to kompletne głupoty. Lubię ludzi o skrajnych poglądach, które często orają rozmówcy psychikę, które godzą w tolerancyjność i zwykłą przyzwoitość, ale właśnie ludzie o takich poglądach często stają się „rodzynkami” w mojej pasji. Lubię odkrywać ludzi, poznawać ich wnętrze, czasem stawać się powiernikiem ich sekretów. A przede wszystkim kocham zawiązywać przyjaźnie, tworzyć swój świat połączeń międzyludzkich. I nie mam pojęcia po co mi to. Tak samo pewnie, jak rasowy filatelista nie potrafiłby odpowiedzieć, po co mu to zbieranie cholernych znaczków.

Deficyt marzeń… piękne pojęcie, którym uraczył mnie ktoś bliski ostatnio. Chwilowo właśnie „cierpię” na deficyt marzeń, który pojawia się ze stuprocentową niezawodnością, ilekroć moje życie wskakuje na tor „tu i teraz”. Ilekroć w moim życiu było za dużo marzeń, łatwiej oddalałem się od bieżących spraw typu płacenie rachunków za gaz (dwa odłączenia gazu w 2012 roku…) ale co gorsza, łatwiej dawałem się ponieść falom euforii w życiu, które mają to do siebie, że człowiek zaczyna budować sobie nierealny świat z ochłapów rzeczywistości. Ochłapów, które rzeczywistością koniec końców nie są. Czasem zastanawiam się, czy to dobrze, jak człowiekowi zdarza się odpływać w marzenia. To chyba tak samo skomplikowane jak dylemat, czy lepiej odczuwać więcej niż przeciętny Kowalski, czy może łatwiej się żyje ludziom nie pakującym emocji na oślep. Właśnie ostatnio przeprowadziłem taką rozmowę z przyjacielem, który na co dzień prowadzi firmę, spłaca kredyty, leasingi, kupuje ziemię jako inwestycję. Ale oprócz tego, żyje marzeniami, zakochiwaniem się, spełnianiem fantazji. To są dwa oddzielne życia, między którymi niemal nie ma połączenia. I choć życie w ten sposób miewa bardzo bolesne konsekwencje, on za nic by nie oddał żadnego ze swych uniesień.

A ja? Ja już nie wiem, co jest lepsze. Zdecydowanie ani realizm życiowy, ani bujanie w obłokach nie są dla mnie dobre. Póki co najlepiej sprawdza mi się podejmowanie prób wypośrodkowania tych dwóch skrajności.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s