Jestem jestem

Pewnie powinienem zacząć od jakichś przeprosin. Autentycznie, powinienem, bo mimo że się prawie dwa miesiące nie odzywałem, tego bloga codziennie odwiedza od 5 do 10 osób! Ja nawet nie patrzę na to jak na sukces (niewątpliwy) komercyjny! Ja mam po prostu fanów, których nie mogę zawieść!

No więc oficjalnie – PRZEPRASZAM. Nie mam żadnych racjonalnych ani nieracjonalnych usprawiedliwień, po prostu przez ostatni czas bardziej niż zwykle pobłażałem swojemu lenistwu, czy raczej… rozpasaniu. Tak, to chyba dobre określenie. Musicie drodzy czytelnicy zrozumieć, że ten blog nabrał dla mnie wyjątkowego znaczenie pod tym względem, że dopisywanie wpisów nabrało rangi uszczęśliwiającej pracy. To stopień wyżej niż „piszę, bo się jaram, że ktoś czyta”. Teraz pisanie sprawia mi tak samo trudną do opisania radość, jak mniej więcej… posprzątanie mieszkania. Więc raczej nie radość a satysfakcję, dumę z wykonanego dzieła. Dobra, bo już pieprzę od rzeczy…

Wiecie co jest najgorsze? Ja po tym całym czasie nie mam nawet specjalnie co napisać. A może po prostu nigdy nie miałem, tylko dawniej sama chęć pisania wystarczała, żeby pisać o czymkolwiek? Choć jak się tak zastanowić… Dokończyłem wędzarkę! Uwędziłem 12 kg kiełbasy. Wędzarka wygląda nieco monstrualnie i przemysłowo, ale działa. More less działa, bo jest koszmarnie nieszczelna. Kiedy ją porządnie rozpaliłem, dym właściwie nie dochodził nawet do komina, bo zdążył cały uciec szczelinami w murze, rozlać się leniwie po ogrodach sąsiadów u połowie mojej ulicy. Jestem wręcz zawiedziony, że żaden z moich wiecznie urażonych sąsiadów nie wezwał Straży Miejskiej. Swoją drogą ciekawe, czy są jakieś przepisy regulujące kwestię wędzenia mięsa w centrum miasta? Nie… lepiej tego nie wiedzieć 😀 W dalszym planie jest szynka. Prawdziwa, peklowana szynka. Wędzona na zimno, dobrych kilka godzin. To już jest wyższa szkoła jazdy, bo choć samą szynkę łatwo przygotować (względnie łatwo, bo jak człowiek przywykł do obróbki mięsa na poziomie kotletów z piersi kurczaka, to dosłownie wszystko w dziedzinie rzeźnictwa/sztuki masarskiej to jest wyższa szkoła jazdy), to jej wędzenie jest już dużo bardziej wysublimowanym procesem niż wędzenie kiełby. Przyznam szczerze, że proces obróbki mięsa, wykrawania żyłek, a przede wszystkim dziwny zapach krwi połączony z dziwną wonią peklującego się od trzech dni mięsa, to spory test dla nienawykłych do takich rzeczy zmysłów mieszczucha. No i upychanie tego wszystkiego we flak… no ale wszystko do opanowania, a efekt końcowy… myślałem że się rozpłaczę ze szczęścia. Smak dzieciństwa. Ja wiem, oklepana fraza, ale serio każdy kawałek tej kiełbasy otwierał mi kolejny zakurzony schowek w mózgu. To swoją drogą zabawne, że mózg może mieć coraz większe problemy z zapamiętywaniem detali, ale zawsze zapamięta smak. Łapię się czasem na tym, że budzę się rano i przez ułamek sekundy pamiętam smak śmietany na wsi u mojej babci. Śmietany przygotowanej z mleka od krowy. Niesamowite, ale nawet jak posmakuję śmietany sklepowej, to ten smak nie wraca, po prostu czasem się coś we łbie odblokuje na chwilę.

Co oczywiście nie zmienia faktu, że uważam, że z człowiekiem musi być coś nie tak, jeżeli potrafi bez emocji taką świnkę zarżnąć!

Zima nam się kończy. W moim ogrodzie dogorywa zgarbiony bałwan. Cały świat, który jeszcze dwa tygodnie temu wyglądał jak sceneria z jakiejś bajki Andersena, teraz znowu wyłania spod śniegu czarne od wilgoci kontury. A ze mnie wyłania się domorosły poeta 😀 Ja wiem, jako klient złodziejskiej mafii gazowej, powinienem się cieszyć, że wreszcie zapłacę niższy rachunek, powinienem się cieszyć, że nie będzie mi za zimno w mojej jesiennej kurtce, że jak będę biegać, to sobie nie skręcę kostki na ubitym śniegu. Ale jakoś się za bardzo nie cieszę. Dziś, gdy wychodziłem wieczorem z domu na tenisa, zorientowałem się, że przecież jeszcze dwa tygodnie temu było o tej porze zupełnie jasno na dworze. A to po prostu biały śnieg mnożył każdy promyk światła 🙂

Eh… niskotonowe pomruki pani Czubówny zaczynają mnie usypiać. Co za głos ma ta kobieta! Jednocześnie spokojny, zdystansowany, ale też w jakiś przedziwny sposób ciepły, kobiecy i… nawet seksowny? Cudownie się jej słucha, choć cały czas nie mogę pojąć jak to możliwe, że kultura francuska wygenerowała tyle piosenek (szansonów), że ona przez tyle lat ma czym zapełniać wtorkowe audycje. W życiu bym takich utworów sam nie posłuchał, ale jak Krysia zapowiada…

Na koniec mały internal joke: aż mnie świerzbi, żeby napisać więcej 🙂

Cytując pana Edwarda Murrowa: Good night and good luck!

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Jestem jestem

  1. dobra wrozka pisze:

    nooo… dobra dobra… a raport?!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s