O wielkich tragediach małych ludzików

Dzisiejszy wieczór obfitował w tyle różnych emocji, że choć padam ze zmęczenia, muszę to spisać.

Wszystko zaczęło się od wizyty na basenie. To naprawdę niezrozumiałe, ale choć basen w Solcu Kujawskim jest zdecydowanie ładniejszy niż wszystkie baseny w Bydgoszczy razem wzięte, byłem dziś na nim tylko ja, mój syn i dwóch panów ratowników. Aż się człowiek dziwnie czuje sam w tych wszystkich zakamarkach, jakby ludzkość jakaś zaraz wymiotła. Mój syn, który w wodzie od zawsze zachowuje się, jakby nie miał za grosz instynktu zachowawczego, rozwinął samodzielnie umiejętność nurkowania. Takiego… powierzchniowego. Jako kochający i wymagający tata postanowiłem zrobić dokładnie to samo, co zrobił mój ojciec, gdy miałem 6 lat – nauczyć syna profesjonalnie nurkować. Kluczem jest wytłumaczenie dzieciakowi, że nie ma co się obawiać wypuszczenia pod wodą zapasu powietrza, bo tak od razu to się nie udusi. I najważniejsza sprawa – jak się wydaje, że się jednak udusi i jak człowiekowi ściska coś wewnątrz czaszki, to trzeba przełknąć ślinę, to przestanie. Nie wiem czy jest jakieś medyczne uzasadnienie przełykania śliny, ale na mnie działało. W przypadku mojego syna efekt był taki, że go rozbolały uszy, trąbki Eustachiusza czy co tam matka natura przygotowała. Marudził, markotniał, wieczorem zrobił się już naprawdę przytulaśny i płaczliwy, ale położyłem go spać i tyle. Tyle że nie tyle… Od 21 moje mądrości w zakresie nurkowania zaczęły procentować. Co ciekawe, przypomniałem sobie też, jak bardzo mnie bolała głowa i uszy, gdy jako szczyl uczyłem się z tatą nurkowania… Po kilku domowych technikach (proszę mi wierzyć, one są najskuteczniejsze), podaniu syropu przeciwbólowego i półgodzinnym głaskaniu, mój syn uznał że jego ból jest na tyle doniosły, że trzeba do lekarza. Ja oczywiście wiedziałem dokładnie co to za ból, od czego i że wcale taki doniosły nie jest. I tu ważna uwaga: większość sytuacji bólowych u małych szkrabów to mieszanka pewnej ilości prawdziwego bólu, zdecydowanie większej ilości niewyspania albo wytrącenia ze snu, jeszcze większej ilości matczynego przesadyzmu i w największej części – samonakręcania się płaczem na zasadzie samospełniającej się przepowiedni. Przeżyłem w swojej karierze ojcowskiej z 7-8 dokładnie takich samych wizyt w szpitalach. Tym nie mniej w takich przypadkach zaczyna oddziaływać psychologia behawioralna. Nakręconego dzieciaka nie uspokoisz tłumaczeniem i przytulaniem. Trzeba odpowiednio docenić jego ból, zaaranżować wyjazd do szpitala itd. Gdy już dojechaliśmy z synkiem na izbę przyjęć szpitala dziecięcego, okazało się że nikogo nie ma w domu. Po którymś dzwonku przyszła poirytowana pani doktor, na widok zaryczanego i dokumentnie zasmarkanego dzieciaka przyklejonego do mojego ramienia nie zapytała nawet co się dzieje tylko, jakby przeczuwając moją odpowiedź, zapytała czy mam skierowanie. Jak się nietrudno domyślić nie miałem skierowania, bo jeszcze trzy godziny wcześniej nie miałem pojęcia że będę go potrzebował. Widziałem po wyrazie jej twarzy, że nic nie wskóram, więc pozwoliłem sobie (trzeba było trochę odreagować) na wdanie się z nią w regularną pyskówkę. Co ciekawe, im bardziej się człowiek sili na inteligentne dopierdalanki słowne, tym bardziej to irytuje oponenta. Zapytałem panią, czy gdybym miał skierowanie, to przychodziłbym z nim do lekarza o 22:30 do szpitala? Pani na to, że nie wie co ja bym zrobił, ale taki jest system. Następnie uratowała ostatecznie honor polskiej służby zdrowia, gdy zaproponowałem jej, żeby aktem łaski przebadała mojego zaryczanego z bólu synka za symboliczne 100 PLN. Ale nie, honor lekarski nie pozwolił pani doktor udzielić pomocy. Co ciekawe, gdy dwoje dorosłych na siebie krzyczy, w dziecku uruchamia to naturalny mechanizm obronny, który je wycisza. Gdy wsiadaliśmy z synem do samochodu, aby pojechać do kolejnego szpitala, widziałem już, że ból magicznie minął, choć dla formalności podjechałem z nim jeszcze w jedno miejsce. Na szczęście gdy go niosłem, poprosił żebyśmy wrócili i się zaczął głośno ze mnie śmiać, gdy się niemal wypieprzyłem w błocie. W ramach negocjacji końcowych wytargował jeszcze spanie ze mną w łóżku, co sam tak naprawdę bardzo lubię. Nawet gdy przewalając się z boku na bok przywali mi czasem z plaskacza. Gdy dojeżdżaliśmy do domu, drogę przebiegł mi po raz kolejny znajomy czarny kot. Wtedy już nabrałem ostatecznej pewności, że wszystko będzie ok.

Kocham bycie tatą. Kocham to uczucie, gdy ktoś mnie potrzebuje, ktoś mi zawierza, ktoś nawet nie wyobraża sobie, że mógłbym mu nie pomóc. Współczesna psychologia i coaching próbują w ludziach leczyć takie „niezdrowe” odruchy, poniekąd zresztą słusznie. Ale co ja mam na to poradzić do cholery, jak takie sytuacje, małe dramaty małych ludzików, wyciągają ze mnie najfajniejszą wersję mnie? Chyba już nie wyleczę w sobie tej potrzeby opiekuńczości. Na szczęście oprócz zwalczania starych nawyków, uczę się też dystansu. Więc mam to w dupie 🙂

Wszystkim aktualnym i przyszłym mamom i tatom życzę kolorowych snów. Bo to nigdy nie wiadomo co i kiedy je przerwie w środku nocy.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s