Nie wiem w sumie o czym, ale chyba ważne

Dużo się dzieje w moim życiu ostatnio, to się wręcz staje stałym elementem rzeczywistości. Choć może to kwestia tego, jak postrzegam zwykłe rzeczy. Mam wrażenie, że coś się we mnie odblokowało, nie dramatycznie i spektakularnie, z wypłakiwaniem klineksów na kozetce, tylko ogólnie, powoli, ewolucyjnie. Patrzę na wszystko głębiej, żadna rzecz nie pozostaje w moich oczach bez znaczenia. Wszystko nabiera ostrości ale w pozytywnym wymiarze – po prostu cieszę się wieloma odcieniami. Nawet szarości. To chyba się wzięło z apetytu na życie. Wręcz z głodu. Pod tym jednym względem warto było przebiedzić pierwsze sześć miesięcy tego roku. To fajne, choć strasznie oklepane określenie… apetyt na życie… pięknie mieści w sobie miliony banalnych scenek z codziennego życia. Gapienie się w kominek, porządkowanie zaległych rachunków i płatności, zmywanie garów, słuchanie ulubionej audycji w sobotę nad ranem, czekanie na smsa od kogoś, za kim szalejesz. I wszystko na 100%, wszystko do krwi i kości prawdziwe i namacalne. Każda chwila ma swój smak, których chłoniesz wszystkimi możliwymi zmysłami. Zastanawia mnie teraz… jak ja funkcjonowałem bez tego? Bez tej radości, bez tych potrzeb, bez tego ciągłego pobudzenia?

Zrobiłem sobie ostatnio dość osobliwe zestawienie. Na początku roku podjąłem pewne działania, mające na celu wyrwanie mnie z życiowego impasu. Podszedłem do tematu z właściwym mojej rodzinie pragmatyzmem, czyli że jak jest problem, to jest i rozwiązanie, a jeśli rozwiązanie kosztuje, to nie należy się zastanawiać czy warto, tylko należy się zastanawiać, jak na nie zarobić. Moi rodzice powinni swoją drogą kiedyś opublikować i opatentować swój zbiór zasad życiowych. Zacząłem od podsumowania ile mnie póki co kosztowało moje postanowienie, bo to najłatwiej zmierzyć, potem pomyślałem w jakim stopniu udało mi się zrealizować założenia. Bo w sumie założenia sobie postawiłem i to całkiem konkretne. I łapię się na tym, że nie potrafię sobie odpowiedzieć, czy już jestem takim człowiekiem, jakim chciałem być, czy teraz po prostu świata nie widzę, bo znów jestem zakochany jak skończony baran. Znów… heh, znów to u mnie taki eufemizm trochę, który maskuje pięknie różne formy wykwitania mojego zakochania. Ale o tym innym razem i na innym forum przede wszystkim. No więc całkiem szczerze, nie wiem czy jestem już takim mistrzem Zen, jakim chciałbym być. Z drugiej strony, nie wiem czy taka droga jest dla mnie, droga w której nie tylko potrafiłbym funkcjonować bez drugiego człowieka, ale też nadal funkcjonowałbym jakby nigdy nic. To się jakby kłóci z moim pragmatycznym podejściem do życia. Znałem kiedyś człowieka, który jak mantrę powtarzał, że prawdziwe szczęście to równowaga, to stan w którym nie jesteś ani szczęśliwy, ani nieszczęśliwy. Kiedy nic Tobą nie targa w żadną stronę. Oczywiście wtedy wydawało mi sięto największą mądrością w historii ludzkości i niemal wstydziłem się swoich przyziemnych uciech i skoków endorfin, które tak niechlubnie oddalały mnie od cudownie wyzutej z emocji równowagi ducha. Teraz po latach wiem, że ta osoba albo nie wiedziała co gada, albo zrobiła kilka kroków wstecz na drodze do realizacji tego motta. Więc może to nie żaden wstyd, przyznać się przed samym sobą, że tak, potrzebuję zakochania, miłości, potrzebuję poczucia że jestem kimś najważniejszym dla tej jednej osoby na całym świecie. Może wolno mi wreszcie wyzbyć się tego deprymującego poczucia, że od 10 miesięcy próbuję zrobić ze swoją psychiką coś, co de facto jest wbrew mojej stadnej, opiekuńczej naturze. Wiem, że teraz płynę, ale wiem też, że nie mam innego przepisu na szczęście. Tak już pozrastały mi się sploty we łbie. Coś na pewno się zmieniło. Wiem, że co by się nie stało, mój świat się już nie zawali. Bo raz się zawalił, nikt specjalnie się tym nie przejął, koniec końców okazało się, że nikt nie chce oglądać mojej dramatycznej szopki. Okazało się też, że wszystko we własnych rękach, od poziomu serotoniny w deklu, po to, czy w moim ogrodzie stanie wędzarka, czy nie. Jak już tak o tym rozmyślam, to pełno rzeczy się zmieniło. Moje nastawienie do mieszkania, daleko nie szukając. To już nie mieszkanie, to dom. Dom w którym wciąż pozostaje trochę rzeczy do urządzenia, a jednocześnie coraz cięższy dylemat mnie w związku z nimi dręczy: czy urządzać to samemu, czy zostawić to komuś, kto będzie chciał tu kiedyś uwić ze mną coś więcej niż mieszkanie singla. Chudnę. Nie wiem do końca czemu, ale wciąż, powolutku lecą kilogramy. I cieszę się wszzystkim jak idiota 🙂

Jestem dziś autentycznie wykończony fizycznie. Przeniosłem ponad 300 mokrych, lodowatych cegieł, a moje dłonie odzyskały naturalną barwę dopiero po kilku godzinach. Potem grałem w kosza, a gdy wracałem po raz nie wiem który drogę przebiegł mi czarny kocur z naszej ulicy. Zawsze ten sam drań. Jeszcze nigdy nie przyniósł mi pecha. Czuję się zajebiście. Jakbym zaliczył jakiś ważny kamień milowy w życiu, jakbym osiągnął coś wielkiego. Albo jakbym się właśnie kilka godzin kochał z jedyną kobietą, z którą potrafię się kilka godzin kochać. Jest naprawdę zajebiście. Nawet mimo kołaczących mi za uchem resztek poczucia, że może wciąż jeszcze nie do końca zasłużyłem na to banalne szczęście, w którym się od dłuższego czasu pławię.

Mam coraz mniejszą potrzebę pisania tego bloga. Apetyt na życie odbiera apetyt na literki 🙂

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s