O długim weekendzie

Kocham nasze narodowe długie weekendy. Człowiek zyskuje dużo więcej niż sam weekend, samą przerwę od pracy, bo dzięki świadomości, że udało się uciułać właśnie „coś więcej”, stajesz na głowie, żeby to jak najlepiej wykorzystać.

Mój długi weekend rozpoczął się od środowego wieczoru, który spędziłem u pary znajomych, których sposobem na udane życie małżeńskie jest tyranie się. To oczywiście dość pobieżna diagnoza, ale zawsze mnie takie związki zastanawiają, bo znam kilka podobnych przykładów. Zastanawia mnie przede wszystkim fakt, że takie nieustanne dogryzanie sobie zazwyczaj zastępuje ludziom czułość. I nie sposób w sumie stwierdzić, czy to chodzi o podchodzenie „na luzie” do momentami ciężkiej prozy życia, czy może rzeczywiście w tym nieustannym podpuszczaniu się, żartach, wytykaniu głupot jest tak naprawdę sposób na podtrzymanie iskry w relacji z drugim człowiekiem. Taki układ jest szczególnie trudny do zinterpretowania dla osób postronnych, które nie wiedzą gdzie się kończy konwencja żartu, a gdzie zaczyna strefa ostrego poniewierania psychicznego. Ale to i tak dygresja tylko.

Zdobyłem już oficjalnie odznakę Boba Budowniczego. Na wymurowanych trzech warstwach cegieł paleniska mojej wędzarki, wymurowałem kolejne wartstwy autorskie. Nie chcę przesadnie gloryfikować sztuki murarskiej, ale proszę mi uwierzyć – murowanie wymaga pewnego kunsztu i rozumiem już, dlaczego wszystkim murarzom „zawsze tak wolno idzie”. Z jednej strony jest pewna finezja w wyznaczaniu poziomu, w interpretowaniu położenia bąbelka powietrza poziomicy, w gęstości zaprawy, ale prawdziwy sekret tkwi w samym kładzeniu zaprawy, o czym przekonałem się, gdy pierwsze cegły wymurowanego przeze mnie fragmentu muru odpadły od konstrukcji po kilku godzinach, jakby ich nawet grawitacja nie trzymała. Wtedy zrozumiałem dlaczego kilka razy zbiera się kielnią zaprawę przed ułożeniem cegły, dlaczego się ją ciągle miesza itd. Uczy pokory i cierpliwości takie zajęcie, tym bardziej jak człowiek muruje w przemokniętym dresie i w temperaturze około zera. Losy mojej wędzarki krótko mówiąc cały czas się jeszcze ważą i zdecydowanie nic nie jest przesądzone, a nawet nie bardzo jest z czego wróżyć. A więc dalej ślepo wierzę, że na święta uwędzę homemade kiełbasę.

Coś mi się przez ostatnie dni wyklarowało w dziedzinie zamiarów literackich. Wiem już dokładnie jak chcę to coś napisać, w jakim stylu, jaką narracją, nie wiem wciąż do końca co dokładnie chcę napisać. Sprawdza się niestety zasada amerykańskich prozaików, że pisać należy wyłącznie o tym, co się samemu przeżyło, bo wszystkie fragmenty fikcyjne póki co wychodzą mi zdecydowanie słabiej.

W piątek rano, gdy przenosiłem worki z cementem i zaprawą, zobaczyłem na końcu mojej ulicy swoiste poruszenie. Zaznaczę, że wszelkie poruszenia jakiejkolwiek natury są na mojej ulicy czymś niezwykle rzadkim. Jednak to poruszenie miało szczególnie dziwny charakter. Z jednej strony ekipa wybitnie pogrzebowa, grupa ludzi w sile wieku, ubranych odświętnie, lecz również smętnie i wisielczo. Z tą jednak różnicą, że każda osoba miała wymalowany na twarzy inny odcień egzaltacji i Bożego szaleństwa. To się widzi po bystrym spojrzeniu, po lekkim uśmiechu, po wyprostowanej postawie, z której bije siła i pewność siebie. Po pobieżnej ocenie przyszło mi w końcu do głowy: „kurwa… Jehowi”. Często słyszałem historie moich znajomych, którzy lubią się przy piwie przechwalać opowieściami o tym, jak to przez godzinę tyrali biednego świadka Jehowy przy okazji wizyt blokowych i nauczania. Zawsze z tym samym niesmakiem. Po co wdawać się w dyskusję z kimś nie po to, żeby przekonać go do jakiegoś poglądu, tylko żeby go zniszczyć? Po co, nie wierząc nawet w UFO ani silnik grawitacyjny Tesli, spierać się z kimś, kto jest święcie przekonany, że dla jego ludzi czeka dokładnie odliczonych 14.400 miejsc w Niebie? Ja, zupełnie szczerze mówiąc, mam do tych ludzi pewien szacunek. Jak wielką odwagę trzeba mieć, żeby podejść do obcego człowieka, do statystycznego Polaka, który jest statystycznie rzecz ujmując sfrustrowany, wkurwiony na cały świat i uważa wszystkich za głupszych od siebie, i zacząć mu tłumaczyć, że wiara w której się od trzydziestu lat wychowuje jest niesłuszna? I że miejsc w Niebie jest tylko 14.400?

Mając te i inne przemyślenia w głowie, odłożyłem worek z cementem, otrzepałem nieotrzepywalny dres i czekałem w furtce na moją kolej po zbawienną rozmowę. Nie mogłem wręcz w to uwierzyć, ale człowiek, który do mnie przemówił jako pierwszy, był dyrektorem banku, w którym w 2001 roku odbywałem praktykę. Nie skojarzył mnie, może i dobrze, bo praktyki kończyłem w niesławie, po tym, jak zawirusowałem sieć całego banku jakimś wirusem ze strony z golasami. Słuchałem tego faceta i nie miałem tą samą zazdrość, którą bardzo rzadko zdarza mi się odczuwać, ilekroć mam okazję porozmawiać z człowiekiem, który naprawdę w coś wierzy. To nie jest fanatyzm, tylko pewność. To nie jest szaleństwo, tylko ukierunkowana na konkretny pogląd inteligencja. To nie jest wyższość, tylko pewność siebie. A jak się do tego zna człowieka, wie że jest to błyskotliwy, mądry facet z klasą, którego kojarzy pół Bydgoszczy, to nagle wygadywane przez niego banialuki nabierają zupełnie innego, groźnego wymiaru. Na szczęście przerobiłem już w swoim życiu na tyle potężną i wyrafinowaną indoktrynację, że nic nie jest w stanie podważyć mojego ugrunotwanego powątpiewania, ale nie powiem… zazdroszczę. Pewności, wiary, nadziei… bo to upraszcza życie. W nieco absurdalny dla mnie sposób, ale upraszcza.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s