Mądre przemyślenia pod wpływem niemądrych spraw

Dziś miałem conajmniej kilka przebłysków i pomysłów na fajne wątki na blog, po czym wszystkie skrzętnie zapomniałem. Wszystkie oprócz jednego. Dziś przyszedł do domu moich rodziców list z pierwszego urzędu skarbowego z informacją o zajęciu z mojej pensji kwoty 221 PLN na poczet mandatu karnego. Dotyczy to jednego z bodajże trzech mandatów, które dostałem w pierwszej części tego roku i których nie zapłaciłem. To mi nasunęło kilka schizofrenicznych pytań, na które oczywiście znam odpowiedzi. Po pierwsze, czemu naczelnik pisze do mnie na adres moich rodziców? A bo się nie zameldowałem w swoim domu jeszcze, przecież minęły dopiero cztery lata odkąd tu mieszkam. Po drugie, czemu nie lepiej zapłacić mandat, oszczędzić kilku ludziom w urzędzie pracy i zamknąć temat w chwili, gdy się zaczął, czyli jakieś 15 minut po tym, jak pan policjant zatrzymał mnie przekraczającego o 22 km/h dozwoloną prędkość i gadającego przez komórkę? Bo przecież lepiej odłożyć nieprzyjemną rzecz na później. Jeden z tych pomysłów, które zawsze się sprawdzają. Trochę mnie ta sytuacja rozeźliła. Nie chodzi nawet o drwiące komentarze mamy, nie chodzi o 21 PLN kosztów postępowania komorniczego, nie chodzi tym bardziej o jakiś wstyd w związku z faktem, że mój pracodawca otrzyma idiotyczne pismo z poleceniem przelania USowi na mój mandat. Tu chodzi o bycie łajzą… Wątek kiełkuje w mojej głowie od dobrych paru godzin, więc na tym etapie wyrzyguję sobie już najdrobniejsze rzeczy, jak nieodebrane awizo sprzed dwóch tygodni. Potwornie mnie irytują takie zajawki z korzeniami w zeszłym półroczu, bo mi przypominają ogrom mojego rozklejenia. Przypominają mi ogromną liczbę bezproduktywnych rozmów, które przeprowadziłem, ludzi, którzy przez lata będą na mnie przez nie patrzyli jak na tego faceta, który „couldn’t get his shit together”. I dziesiątki pytań. Czemu żaden z trzech zegarów w moim domu nie działa od miesięcy, bo mi się nie chciało wymienić baterii? Czemu kurwa moje książki i płyty były przez prawie dwa lata w piwnicy, a nie w dużym pokoju? Czemu potrafiłem tygodniami nie zaglądać do własnego mieszkania? Czemu od grudnia zeszłego roku nie uporządkowałem i nie sprawdziłem płatności z mojej drugiej pracy? I jak ja się kurwa mogłem roztyć do ponad 110 kg?!

To wszystko jest chyba prostsze niż mi się wydawało. Teraz, gdy patrzę na ostatni rok trzeźwo, z krytycznym wkurwem, dochodzę do wniosku, że to był jeden wielki, majestatyczny foch. Mój sposób na przeżycie pierwszej, prawdziwej, bolesnej straty w życiu. Straty rozumianej jako coś, co sam schrzaniłem. Straty, którą przez ostatnie dziesięć miesięcy najpierw próbowałem przeboleć, potem zrozumieć, na końcu wreszcie się z nią pogodzić. Ale nie dojdę nigdy do etapu, w którym sobie sam udzielę za nią rozgrzeszenia. Dobrze, że ślepy los jest dużo mądrzejszym scenarzystą rzeczywistości, niż my sami. Bo ślepy los wybacza, podrzuca szanse. Zawsze. I prawdą jest, że zawsze można zawrócić, ogarnąć się, po raz kolejny zrobić te same postanowienia, ale w taki sposób, żeby coś z nich wyszło. Ja przeżyłem moją stratę. Mam wręcz wrażenie, że gdyby nie ona, nie dorósłbym w życiu do bardzo wielu rzeczy. Przede wszystkim do bycia dorosłym. Nie chcę tą pobieżną retrospektywą wchodzić w moje idealne dzieciństwo, ani w to jak to dobre wychowanie przez kochających rodziców nie przygotowało mnie zupełnie do roli dojrzałego człowieka. Dorosłość tym się właśnie różni od bycia dzieciakiem, że NIE MASZ poczucia, że za Tobą zawsze ktoś stoi i Cię podeprze jak się wywrócisz. Dorosłość to przeżywanie strat, porażek i podnoszenie się z kolan. Dorosłość to też codzienne zmywanie tych samych naczyń, bez oczekiwania że ktoś będzie Ci za to wdzięczny. I stwierdzam właśnie, że dorosłość jest naprawdę fajna. Bo jak się już nie ma nikogo za plecami, kto by Cię poklepał po ramieniu i powiedział, że jesteś fajny, nawet gdy tak nie jest, to nagle oglądanie się za siebie traci sens. Masz tylko siebie, swój mózg, swoje dwie ręce, a to czy to „aż” tyle, czy „tylko” tyle, zależy już tylko od Ciebie.

Proszę tego wpisu nie myślić z „werterzeniem”, czy „werterowaniem”. Ja nie łapię żadnych dołów, tylko jestem na siebie konstruktywnie wkurwiony 😀

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s