Kacowe wizje Boba Budowniczego

Dzisiejszy dzień to jeden wielki powrót z zaświatów, poprzez kacowy czyściec i uświęcającą pracę, aż po bezsenny wieczór przy kieliszku wina, którego kupki smakowe nie potrafią zdzierżyć. Tak się proszę Państwa kończą dwudniowe obchody trzydziestolecia przyjaciela. Picie zaczęło się punktualnie w środę o 19, toczyło wartkim strumieniem przez cały czwartek i choć wieczorem naprawdę nikt nie miał najmniejszej ochoty na następne promile i każdy z gości marzył o powrocie do swojego domu, wzięciu długiej kąpieli i przespaniu 24 godzin, ostatnie stuknięcia kieliszków padły już w piątek nad ranem. Wiele wniosków przyniosła ta impreza. Nie wszyscy lubią przyjęcia niespodzianki. Niektórzy potrafią wyjść z domu, gdy się im śpiewa „sto lat”. A nade wszystko ja już nie mam zdrowia na dwudobowe picie. Tzn. zdrowie to może i mam, ale nie mam z tego frajdy. No dobra… jakąś tam frajdę mam. Chyba przede wszystkim z tego, że mimo 31 wiosen nadal czasem stać mnie na robienie kompletnych głupot w życiu. To się przecież chwali 🙂

Mój dom to kompletne pobojowisko. Nie ma chyba czystego skrawka. Kuchnia to kompletny sajgon, wszędzie walają się różne produkty, które po trzeciej dobie napoczęcia zaczynają żyć swoim życiem. I ta cholerna, przenikająca każdą najdrobniejszą szczelinę mąka… Sypialnia, łazienka, przedpokój… wszystko wygląda i powoli też wali jak wioska olimpijska ekipy azerbejdżańskich zapaśników. Chciałem się dziś „ukarać” posprzątaniem tego bajzlu, ale na szczęście zadzwonił brat i dał mi okazję ukarać się w tradycyjny sposób – totalnie bezmyślną, wyczerpującą pracą fizyczną. To ciekawe w sumie… dziś po raz pierwszy zobaczyłem jego działkę, miejsce gdzie lada moment zacznie stawiać swój dom, posadzi swoje drzewo i w którym już teraz wyobraża sobie z delikatnym uśmiechem na ustach swoją starość. A działkę ma szmat czasu. Jakoś chyba podświadomie odwlekałem moment obejrzenia jej. Może dlatego, że przypomina mi o życiu, które jeszcze 6-7 lat temu wydawało mi się spełnieniem marzeń? Może mi przypomina o tym, do czego zostałem w życiu wychowany, żeby nie powiedzieć wytresowany? Ciężko się takich wszepionych idei pozbyć, a jeszcze ciężej zdobyć pewność, czy się ich naprawdę chce lub czy się je naprawdę nienawidzi. Ładną ma tą działkę… Wtuloną między sielskie domki sąsiadów, przyklejoną „plecami” do szpaleru starych klonów rosnących już na terenie wsiowego kościółka, a od frontu otwierającą się szeroko na cudownie malowniczą dolinę. No i to wieś. Nie żadne suburbs, tylko prawdziwa wiocha, gdzie wszyscy się znają, usługi rozlicza się w butelkach żytniej, a ksiądz na kazaniach mówi do parafian na „ty”. Heh, w sumie to niezły matrix mieszkać w takim miejscu 🙂

Cieszę się, że po tych intensywnych dwóch dniach czeka mnie w 100% prozaiczny, cholernie pracowity weekend. Cieszę, że za 7 godzin zaczynam pasmo korepetycji z panami biznesmenami, cieszę się że potem lecę do chaty, przebieram się w moje niemodnie wyglądające bawełniane portki od dresów i biorę się do wylewania fundamentu pod wędzarkę. Dziś dostałem bardzo cenny artefakt do tego procesu – plastikową formę do rozrabiania cementu. Jeśli komukolwiek się wydaje, że to coś banalnego, to proszę spróbować taki prozaiczny przedmiot kupić. W ciągu 10-minutowego spotkania Kaziu Budowniczy obdarzył mnie dziś conajmniej pięcioma, pełnym litości spojrzanimi pod tytułem „Nyga, plizzzzz…” Zaczynają mnie już wkurwiać wszyscy ludzie, którzy nie wierzą, że zbuduję to pieprzoną wędzarkę. A ja nie tylko ją zbuduję, ja w niej uwędzę przynajmniej dwa razy przed świętami kiełbasy. Heh, mam już nawet swoją kielnię do wyrównania powierzchni fundamentu 😀 Sprawa nie jest prosta. Ja już sobie wszystko policzyłem w zeszyciku technicznym, pododawałem, uzględniłem wymiary cegieł szamotowych, grubość zaprawy i siłę wiatru. Wszystko cacy. Teraz tylko wykopać, wyszalunkować i wylać betonowy fundament. Proste, nie? No właśnie się jutro okaże, czy proste. To będzie taki mały test na obecność genu Boba Budowniczego w moim DNA. Prawdziwego genu, a nie jakichś tam namiastek typu „nie zginął od porażenia prądem przy dokręcaniu gniazdka”. Cholera, w przyszłym tygodniu zaczynam to murować… Mam już żeliwne pręty do paleniska, mam zajebiste, pozieleniałe ze starości żeliwne drzwiczki do popielnika i paleniska, zamówiłem potężne kute drzwi do samej wędzarki. Kolejna rzecz w moim życiu, która za daleko już zaszła, żeby się wycofać! Zajebiście 😀

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s