O mądrej teorii o kłóceniu się i pokracznych próbach jej realizacji

Wczoraj był zły dzień.

Nie smutny, nie dołujący, po prostu kurwa zły. Przez calutką dobę miałem potrzebę pokłócenia się z kimś, miałem potrzebę objętnie jakiej konfrontacji. Ładnie oddaje to cytat z „Podziemnego kręgu”: chciałem zniszczyć coś ładnego. I tak uważam, że to dużo lepsze podejście niż zadręczanie się. Lepiej mieć coć do wyładowywania, nawet jeśli nie potrafi się tego pożądnie zrobić. No właśnie… tylko, że ja nie mam często jak takiego ładunku rozładować. Fachowo takie rzeczy załatwia się w związkach (luźna teoria póki co…). Czyli przychodzisz wkurwiony, rozpętujesz diaboliczną kłótnię o plamkę po zmywaczu do paznokci na blacie stołu, eskalujesz wszystko i się nakręcasz, aż dochodzisz do etapu, że ci ktoś tam życie wywraca do góry nogami, bo chciałeś być przecież kosmonautą a nie pieprzonym klikaczem i wszystko osiąga operowe apogeum w łóżku. I wieczorem spokojnie zasypiasz nie pamiętając nawet o co komu chodziło. Bo przecież tak naprawdę o nic nie chodzi, tylko człowiek czasem potrzebuje pokrzyczeć i tyle. Ja oczywiście spróbowałem się pokłócić w pracy, ale efekt był dość opłakany. Wyszło jak zawsze marmolenie i wsadzanie kijka (bo to nawet kijem nie można tego nazwać…) w mrowisko. A akurat to konkretne mrowisko ma tendencje wybuchowe więc wyszło słabo do kwadratu. Ja nie wiem… czy to magia komunikatorów czy ja po prostu wyszedłem z wprawy w kłóceniu się…

Ale zły dzień toczył się dalej. Była spora szansa na regularną kłótnię, gdy moja eks odbierała syna po południu i dowaliła się o jakąś pierdołę. Ale ugryzłem się w język, bo ani czasu ani warunków nie było. Potem poszedłem na lekcję tenisa. Prawdę mówiąc, zaczynało mi już przechodzić. Co prawda mój sensei jest człowiekiem o kolosalnym potencjale wkurwiania innych, nie znosi sprzeciwu, nie dyskutuje, nie słucha, gdy tłumaczę, że źle macham rakietą, bo mnie w krzyżu boli. Ale poszedłem z odpowiednią dozą pokory, słuchałem każdego komentarza, nawet gdy mi przy backhandzie kazał robić wymach lewą ręką do tyłu, jakbym się kłaniał angielskiej królowej. Nie drażniło mnie już nawet to, że na korcie obok odbywał się trening zawodników, którzy naprawdę potrafili grać i posyłali imponujące, potężne piłki, a od ich uderzeń po wszystkich czterech kortach rozchodziło się miarowe echo basowych odbić. Ba! Nawet nie straciłem nerwów, gdy jeden z tych uczniów podszedł do mnie po zagubioną piłkę, poprosił o podanie piskliwym, skrzekliwym głosem i dopiero z bliska przekonałem się, że ten mały Federer ma góra 12-13 lat…

Gdy wychodziłem z szatni, podszedł do mnie jakiś wymizerniały facet o smutnym spojrzeniu i konkretnym niedoborze witaminy D. Zaczął mnie wypytywać, w jakim charakterze eksploatuję jego przybytek, jak to jest że mam trenera, a nie odprowadzam jakiejś części jego zarobków na rzecz klubu sportowego (za sam kort musiałem zapłacić 80 PLN…). I nie wiedzieć czemu, zamiast wykorzystać całą moją złość i wyżyć się na tym wątłym facecie, który ewidentnie szukał jakiegoś dymu, pokornie pokiwałem głową, pouśmiechałem się i pojechałem do domu, jakby nigdy nic. I tak oto przepadła ostatnia wczorajszego dnia szansa na wyrzyganie komuś dobowego wkurwa.

Po powrocie do domu kotłowałem się jeszcze trochę z myślami, ale wieczór okazał się na tyle komiczny, że wszystko zaczęło ze mnie spływać. Najpierw okazało się, że zamiast epokowego meczu na Stadionie Narodowym jest całkiem spore pole ryżowe. Potem powymieniałem kilka ironicznych smsów z kolegą, który miał przyjemność oglądać je na żywo i… przeszło. Około 23 poszedłem na krótki spacer, choć to chyba dość przekoloryzowane określenie, bo moje spacery to zazwyczaj mała pętla po kilku magicznych uliczkach, z przystankiem w monopolu, tym razem po fajki. Z kamienic i czynszówek na Chodkiewicza zaczynali już wypełzać pierwsi niedopici i sfrustrowani „kibice”, gdy minąłem jedną z przecznic. Zatrzymał mnie kobiecy śpiew. Tak, jedną z najbardziej zapuszczonych ulic tego miasta szły trzy młode kobiety i śpiewały jakąś pieśń na trzy głosy. Ewidentnie jakieś chórzystki, bo były za dobrze zsynchronizowane, ale wrażenie było powalające. Taki mały anielski promyk, przecinający brud, frustrację i źle ukierunkowane nadwyżki testosteronu. Nawet żaden debil nie odważył się na głupi komentarz, a co starsi pijacy mówili młodym damom „dobry wieczór”, na co one wyniośle kierowały wzrok w jezdnię i szły dalej.

I się w końcu uspokoiłem 🙂

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s