Krótka wypowiedź ku chwale zajebistości

Coś naprawdę dziwnego się dzieje, bo za kilka godzin minie najbardziej zajebista doba, jaką przeżyłem od… w sumie nie wiem od kiedy. Wszystko zaczęło się od wyjścia z pracy w piątek po południu. Co prawda musiałem się spieszyć na spotkanie z Kazikiem Budowniczym w sprawie mojego kosmicznego przedsięwzięcia wędzarkowego, ale samo przekroczenie bramki wyjściowej firmy zdmuchnęło ze mnie cały stres i nerwowość. To swoją drogą osobny temat, te wszystkie „powody” nerwowości w naszym życiu. Pracuję nad pewną teorią godną kolejnego rozdziału „Wielkiego przewodnika psychologii dla gospodyń domowych”, która sprowadza się do tego, że wszystkie nasze stresy, smutki i rozczarowania biorą się z tego, że ustawiamy sobie życie tak, żeby ciągle na coś czekać. To jest początek mojej teorii, a koniec jest taki, że fajnie jest dopiero, jak się na nic nie czeka. Tylko niestety nie mam póki co czym wypełnić przestrzeni między początkiem i końcem 😀

Ale wracając do zajebistości ostatniej doby. Ja nie wiem serio o co chodzi i trochę to wszystko mnie przeraża. Bo wychodzi na to, że życie swoje, a mózg swoje. Nic mi się szczególnie ciekawego nie udało, nie przytrafiło, po prostu świeci słońce i jest fajnie. Zajebiście było wieczorem na siatce, potem zajebiście było wypić z sąsiadem osiem piw oglądając Obcego 2. Za każdym razem w takim samym stopniu jestem zachwycony geniuszem Jamesa Camerona, realizmem gry porucznik Ripley i efektami z 1986 roku, których w polskiej kinematografii nie uświadczymy pewnie przez najbliższe trzydzieści lat. Co za film…

Heh, nawet gdy przy kolejny przewróceniu się z boku na bok w środku nocy po raz kolejny zarwał się niskobudżetowy stelaż mojego łóżka, zamiast jak zawsze sypać kurwami, zacząłem się po prostu śmiać. Potem sobota, jeszcze lepsza od piątku. Wszystko się udało, nawet pobudka o ośmej rano na dość konkretnym kacu i jazda z duszą na ramieniu do Niemcza na korepetycje z angielskiego. Też w sumie zabawny wątek. W zeszłym roku obiecałem sobie, że ile by mi nie oferowano za korki, więcej już się w to nie będę bawił. Bo jakby na to nie spojrzeć z punktu widzenia zawodowego, zawsze jest to jakieś tam uwstecznianie się. Ale z powodu lekkiego zastoju w branży dokumentacji technicznej ciągników rolniczych i wózków widłowych oraz z powodu rosnącego zapotrzebowania na fajne, a momentami wręcz luksusowe, elementy wyposażenia do domu, byłem zmuszony przyjąć kilka ponawianych od dłuższego czasu ofert. I też jest zajebiście. Jednemu panu biznesmenu tłumaczę bilans i rachunek zysków i strat, drugiemu wykładam wkręcanie i wykręcanie śrubek po angielsku. Dostaję przy tym kawki z fikuśnych ekspresów, dostaję na śniadania kanapki z foie gras i obszerne dowody uznania z powodu faktu, że znam siedemdziesiąt określeń na słowo „zamocować”. Swoją drogą muszę panu biznesmenu kupić paczkę kawy Kopi Luwak. Żeby sobie nie myślał, że tylko on ma wyrafinowane gusta kulinarne! I potem kolejna zajebista rzecz, przebiegłem 7 km!!! Co prawda ostanie 2 km już tylko siłą woli, ale przebiegłem!!! Fuck yeah!!! Średnia prędkość 10,5 km/h!!! I waga w końcu pokazała poniżej magicznej granicy… myślałem żę się poryczę ze szczęścia. Następnie udałem się do sklepu na zakupy wieczorne. Pierwszy raz od nie wiem kiedy, poszedłem na piechotę. Swoją drogą naprawdę nie rozumiem, czemu tak często jeżdżę do sklepu samochodem… to na pewno ma coś wspólnego z moją nową teorią parapsychologiczną, tylko jeszcze nie wiem co. I przechodząc moją zapomnianą przez świat i bydgoskich taksówkarzy ulicą nagle natknąłem się na soczyste nutki powabnego, amerykańskiego akcentu. Otóż dwa domy obok mnie mieszka rodzina państwa oficerów z NATO. Nawet się kiedyś przy okazji zamiatania liści zaznajomiłem z panem Peterem, ale że to rodowity Niemiec z wrodzonym dystansem i zakodowaną nieufnością wobec Polaków, rozmowa nie skeiła się na tyle, żeby z tego dozgonną przyjaźń polsko-niemiecką spłodzić. Tym razem jednak na podwórku przed domem babrała się w ziemi starsza pani imieniem Melanie, sadząc wraz z wnuczką Sarą tulipany oraz, jak to wdzięcznie ujęła: „some other shit I cannot remember”. No więc z jednej stron ja, przeżywający zajebistą dobę poliglota odparowujący resztki wczorajszego alkoholu, a z drugiej spragniona możliwości paplania po angielsku demokratka z Wisconsin. W niespełna dziesięć minut dowiedziałem się wszystkiego o małżeństwie jej córki Anne z Peterem, o ich problemach, o przyczynach upadku amerykańskiego snu od czasów Reagana. Ba! Nawet dowiedziałem się, że Anne jest pilotem amerykańskich samolotów transportowych C17 (została mianowana na to stanowisko WCZEŚNIEJ niż jej mąż Peter!) oraz że została w grudniu 2003 roku zestrzelona nad terytorium Iraku. Niestety nie dowiedziałem się dokładnie, jakim rodzajem broni, wiem tylko że rakieta balistyczna wysadziła jeden z czterech silników i maszyna rozbiła się. Dowiem się zapewne więcej, kiedy cała NATOwska rodzinka wpadnie do mnie we wtorek wieczorem na kawę.

Potem popracowałem w ogródku, zrobiłem pranie, upiekłem dwie pizze dla znajomych i spędziłem kolejny beztroski, begranicznie zmarnowany wieczór. I co? I zajebiście 😀

A przed chwilą (mija właśnie pierwsza połowa „Ciemnej strony mocy”, ale jakieś słabe wydanie, bo póki co znam wszystkie kawałki, które puszcza Kaczkowska) kliknąłem „Tak” potwierdzając podszepnięty przez dobrą wróżkę zakup. Harman Cardon AVR 260. Ma tyle różnych oznaczeń i cyferek w tabelkach z osiągami, że to nie może być błędna decyzja. Eh, żebym jeszcze wiedział, co one wszystkie oznaczają… Do kompletowania sprzętu audio-video (bo przecież nie można powiedzieć, że „kina domowego”) zabieram się albo jak geniusz, albo jak skończony debil. Bo póki co zamówiłem tylko amplituner 😀 Nie mam do niego odtwarzacza, nie mam do niego głośników, nawet nie mam go cholera na czym postawić, bo mnie pedinks w Almi-Decor oszukał! Ale nieważne, ważne że będzie zajebista niebieska gałka regulacji głośności 😀

Lubię, jak życie się tak układa. Nie podrzuca człowiekowi żadnych ochłapów, tylko po prostu niczego Ci nie komplikuje. Potrzebowałem tej doby, potrzebowałem pożyć chwilę bez oczekiwania na cokolwiek (muszę rozwinąć tą teorię kiedyś…). Mam za uszami paskudne wrażenie, że gdzieś tam z boku czeka rzeczywistość i trudne decyzje albo konieczność pogodzenia się z czyimiś decyzjami, które mogą nie potoczyć się po mojej myśli. Ale i tak… jest zajebiście 🙂

To wszystko zresztą i tak nieistotne. Bo dzisiejszą audycję sponsorowała literka H. H jak Harman Cardon…

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

5 odpowiedzi na „Krótka wypowiedź ku chwale zajebistości

  1. dobra wrozka pisze:

    Jaki harman? Czarny czy srebrny?

  2. ukaszsan pisze:

    A gdzie mam do cholery pisać?! Z tym mail.pl to po prostu sprawdziłem, czułem że to za proste 🙂

  3. mmmmmmmmm. pisze:

    po co Ci ta magiczna gałka, jak i tak zawsze ściszasz 😀

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s