Problemy z pisaniem spowodowane problemami z niepiciem

Od czterech dni jakiś facet imieniem Mohamed z Egiptu każdego poranka zagaduje do mnie na firmowym komunikatorze tylko po to, żeby mi życzyć miłego dnia… Krótkie „Hello :)” i zaraz potem „Have a nice day”. Jako heteroseksualny Polaczek za każdym razem odczuwam sporą dawkę niepokoju i to niepokoju bez najmniejszej nuty ciekawości. Mam jeszcze cały czas nadzieję, że po prostu zapomniałem w pracy zrobić czegoś, co ma związek z panem Mohamedem i w ten sposób dzień w dzień koleś przypomina mi o swoim istnieniu, próbując wywrzeć presję, żebym coś zrozumiał.

Ten tydzień póki co mija w dużej mierze pod znakiem tajemniczych przesyłek. Najpierw w poniedziałek dostałem list od mojej licealnej miłości. Heh, samo zestawienie tych słów brzmi śmiesznie 😀 Ale była to licealna miłość pełną gębą, usiana scenami rodem z „Titanica” 😀 Jak dziś pamiętam nasze spotkania na lodowisku w Torbydzie, pamiętam jak trzymałem ją za dłonie i uczyłem „przekładanki” (na łyżwach, bez świńskich skojarzeń proszę…). Potem pocałunki na tyłach TESCO… Eh, piękna młodzieńcza historia. Podobnie jak w przypadku większości moich związków/miłości/miłostek, także tym razem zabrakło synchronizacji czasowej w takich sprawach jak mówienie „kocham”. Sporą magię mają takie nie-do-końca-skonsumowane zakochania. Latami się człowiek zastanawia, co by było gdyby, co się stało, że się zesrało itd. Kasia, bo tak jej na imię, jest już szczęśliwą żoną i matką, mieszka tam gdzie zawsze chciała mieszkać, robi to co lubi robić. A jednak napisała do mnie ciepły, kochany list. I jedyne co mi przychodzi do głowy to to, że nie chciałbym już nigdy więcej być dla kogoś innego taką rysą w mózgu, do której się wraca myślami, żeby uciec na chwilę od codzienności. To było fajne w liceum, teraz to już zwyczajnie za mało.

Druga przesyłka była nieco mniej zaskakująca. Przyszła na mój adres paczka… klocków LEGO. Nie byłoby w tym nic dziwnego, wszak takich paczek w historii przyszło już do mnie sporo, gdyby nie fakt, że jej nie zamawiałem. Otóż jak się okazało, paczkę zamówił na mój adres kumpel, właściwie przyjaciel. Był to ostatni punkt wielkiego planu oszukania jego żony, która nie może się przecież dowiedzieć, że jej mąż przepija rodzinny budżet na taki idiotyzm (bo przecież nie „hobby”… słowo „hobby” jest zarezerwowane dla tych „ambitnych” zainteresowań, typu fotografia, zbieranie winylowych płyt i słuchanie Leszka Możdżera), jak klocki LEGO. Ja to w sumie poniekąd rozumiem, bo znam jego żonę. W przypadku sporu można wobec niej przyjąć tylko jedną z dwóch strategii: albo się podporządkować i odpuścić, albo męczeńsko zginąć za swoje przekonania. Z tego co wiem, kolega wybrał kilkakrotnie bramkę numer dwa i nie ma już ochoty na kolejne 😀

Wczoraj pierwszy raz napaliłem w piecyku. Po powrocie z pracy stwierdziłem, że w w moim mieszkaniu jest chyba zimniej niż na zewnątrz. Jak ktoś mieszkał w starej kamienicy, to wie że takie nadprzyrodzone zjawiska są możliwe. Żar bijący od piecyka ma tą cudowną właściwość, że pojawia się niemal natychmiast i momentalnie podnosi temperaturę, co oczywiście i tak nie jest nawet w połowie tak istotne, jak cudowne uczucie wgapiania się w ogień. Człowiek ma jakieś tam pierwiastki jaskiniowca w sobie, choćby śladową potrzebę ognia, dymu, wody w rzecze czy jeziorze, góry, czasem pracy fizycznej na świeżym powietrzu. Nieważne ile kolorowych aplikacji ma na swoim Iphonie, nieważne jak wielką plazmę ogląda z nieważne jak drogiej kanapy. Marzy mi się jeszcze, żeby kiedyś w sypialni wykuć w ścianie małą wnękę, na mały kominek. Zupełnie nietypowy, inny niż wszystkie. Idealnie by było, gdyby był otwarty, z jakimiś tylko żeliwnymi prętami, ale w przypadku takiej finezji kominiarze mają w zwyczaju mówić „nie” podczas corocznego przeglądu kominów. Ale wyobraźcie to sobie, wnęka w ścianie, zaczynająca się powiedzmy metr nad ziemią, żeby zupełnie zmienić charakter takiego kominka, nawet niezbyt wielka, dajmy na to 40 cm szerokości, wkomponowana w komin biegnący w ścianie. Do opalania mniejszymi szczapami na maksa wysuszonego drewna, żeby nie strzelało. Am I right or am I right?

Dziś pisze mi się potwornie ślamazarnie. Lekkie zdania same się nie lepią, za to ciężkie powieki same opadają. Co ciekawe to już doba bez alkoholu. Organizm jest w szoku najwyraźniej 😀

Dzisiejszą audycję sponsorowała literka N, jak Natura. Proszę palić ogniska, rąbać drewno, chodzić do lasu na grzyby. Ja co prawda w weekend przez trzy godziny znalazłem tylko 12 podgrzybków i z tysiąc opasłych pająków, ale za to zaszczepiłem tą bliską naturze tradycję synkowi, który o dziwo dopiero po godzinie zaczął mnie błagać, żebyśmy wrócili do domu 🙂

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s