Zaczyna mnie to męczyć

W ciągu ostatnich dwóch miesięcy udzieliłem czterech wywiadów trzem stacjom telewizyjnym: TV Bydgoszcz, POLSAT News i Telewizji Trwam. Najbardziej zainteresowana innowacjami i projektami badawczo-rozwojowymi w regionie była zdecydowanie ta ostatnia, wywiad kręciliśmy kilka godzin. Jak się nad tym zastanowić, to ma to sens – wszystkie media katolickie mają w naszym kraju bardzo dużą liczbę odbiorców, którzy lubią słuchać o powstawaniu polskiego przemysłu z kolan, o legendarnym polskim potencjale, o uniezależnianiu się od dostaw niemieckich produktów. I ja im to wszystko daję. Z moją elokwencją, umiejętnością składania topornych inżynierskich pojęć w przyjemnie brzmiące frazesy, lejące miód na skołatane serca wielu pokoleń domorosłych patriotów, zwłaszcza przemysłowych. Mam już dopracowane pakiety informacyjne dla odpowiednich gremiów: profesorów od mechaniki, profesorów od nie-mechaniki, przypadkowych ludzi przychodzących na drzwi otwarte, czy studentów politechnik. Każda grupa ma swoje czułe struny, na których przez ostatnie lata nauczyłem się grać jak wytrawny harfista.

Piszę to wszystko oczywiście po to, żeby się pochwalić, ale nie tylko. Prawdę mówiąc, nie przewidziałem, że moje życie zawodowe doprowadzi mnie do momentu, w którym będę udzielał wywiadów po kilka razy w miesiącu. Stało się to, podobnie jak większość innych rzeczy w mojej firmie, samoistnie, siłą bezwładności. I prawdopodobnie dopóki w końcu nie palnę czegoś głupiego podczas wywiadu na żywo (na razie tylko jeden, dla TOK Fm, stres jak diabli), to pewnie nadal będzie to wszystkim odpowiadało. Jednak ta sytuacja ma jeszcze jedną, poważną konsekwencję – moja nadwaga stała się tematem publicznym.

Zaczęło się z rok temu, jeszcze za poprzedniego dyrektora. Miałem coś ważnego do załatwienia, więc wparowałem do jego gabinetu mimo spotkania, które prowadził. Wystrzeliłem „Panie dyrektorze, muszę tylko…” i zanim zdążyłem dokończyć, on zrobił to za mnie „…musi pan zacząć ćwiczyć”. Poszło na forum kilku kierowników i dyrektorów i tym samym temat mojej wagi po raz pierwszy zawitał w kuluarach firmy. Potem były różne męskie komentarze od członków zarządu, poziom humoru dopuszczalnego wśród mężczyzn o podwyższonym poziomie testosteronu. No big deal. Stałem się jednak tematem do żarcików. Nie mam nawet pretensji do autorów tych żartów (abstrahując całkowicie od tego, że jak się jest w pierwszej setce najbogatszych Polaków, to człowiekowi wolno więcej), tylko jestem zły na siebie. No ale ostatnia sytuacja już mnie naprawdę rozsierdziła. Jakieś trzy tygodnie temu udzielałem dłuższego wywiadu telewizji Trwam. Nota bene najbardziej profesjonalna ekipa ze wszystkich do tej pory, miałem nawet makijażystkę 😀 Po kilku godzinach kręcenia różnych ujęć i wypowiedzi pani redaktor podeszła i z uśmiechem powiedziała, że bardzo fajnie wyszło itd., ale muszę schudnąć, bo kamera nie wybacza. Yyyy… No jak już nawet w telewizji Trwam mi to mówią…

Tak tak… w temacie odchudzania kolejna porażka. Do rekordu zostały mi dosłownie gramy. Wczoraj rano 119,1 kg. Szkoda to nawet komentować.

Reklamy
Opublikowano Uncategorized | 2 Komentarze

3

Po dwóch tygodniach odchudzania… przytyłem. Byłbym naprawdę obłudny, gdybym tego nie napisał, ale byłbym jeszcze bardziej obłudny, gdybym udawał, że nie wiem skąd się to wzięło. Do kłębka…

116,4 kg. Dużo. I prawdę mówiąc, bez zaskoczenia. Kilka wniosków z ostatnich tygodni:

  1. Alkohol twój wróg. Nie ma się co łudzić, chlanie nie pomaga w absolutnie niczym. Po pierwsze jest to kwestia kalorii. Piwo – 44 kcal. Mało? Pewnie, pod warunkiem że się wypije jedno, a nie siedem. Ale zaskakujące dopiero jest wino, które wyciąga uwaga! 84 kcal! A z winkiem wiadomo – najmniejszą jednostką rozliczeniową jest butelka. Albo wielokrotność butelki. Ale prawdziwym czarnym koniem wyścigu jest wódka – 232 kcal. Albo whisky – 250 kcal. Alkohole przywołuję nieprzypadkowo, ponieważ ze wszystkim czterema miałem w zeszłym tygodniu bogate relacje. Po drugie należy jeszcze pamiętać o towarzyszącym piciu syndromie spadku silnej woli, który potrafi zaowocować zamówieniem pizzy o północy w środę (bo… yyyy… Polacy.. yyy… zremisowali w… eeee… coś tam).
  2. Sport, nawet intensywny, uprawiany dwa razy w tygodniu absolutnie nic nie zmienia. Jestem przekonany, że uprawianie dynamicznego sportu, jak koszykówka, raz albo dwa razy w tygodniu, wywołuje w organizmie raczej niebezpieczny szok i przeciążenie, niż wzrost wydajności, siły i kondycji. U mnie występuje wyłącznie efekt bolących kolan i łopotania serca. Z drugiej strony jest jeszcze efekt psychologiczny – dopóki chodzę na te sporty, to mam wrażenie, że wciąż utrzymuję styczność ze światem ludzi sprawnych. Bo bez tego to już tylko otchłań i ZUS. Jeżeli sport ma być czymś więcej niż hobby, jeżeli ma faktycznie wpłynąć na schudnięcie, to musi być wcielony w codzienne życie jak mycie zębów. Dokładnie tak – musi stać się elementem higieny osobistej, rutyną równoważną codziennemu zmienianiu gaci. I podobnie jak w przypadku zmieniania gaci, nie należy się w tym doszukiwać zaraz jakichś górnolotnych dziwactw, jak samospełnienie czy droga do szczęścia. Nie, po prostu codziennie przez godzinę coś robisz, żeby rozruszać piec i przypomnieć mięśniom, że nadal istnieją.
  3. Muszę odseparować nawyk jedzenia od innych czynności. Szczególnie zgubne jest jedzenie podczas oglądania, bo ostatnio złapałem się tym, że podczas filmu instynktownie myślę i żarciu (konkretnie o bułce z szynką).

Ja to nadrobię oczywiście, za tydzień będzie już ok, ale kurwa… nie spodziewałem się sam po sobie, że zacznę to całe odchudzanie od „potknięć”. Fuckin’ Monday…

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

2

No więc po tygodniu 115,1 kg. Jest postęp. Nie będę komentował jego skali, a tym bardziej odnosił jej do wartości bezwzględnych, bo znowu wyjdzie ze sarkastyczny masochista, więc po prostu zostańmy na tym, że ubyło i to się liczy.

Analizując rzeczy, które były na plus, muszę zacząć od kilku wynalazków żywieniowych. Po pierwsze cudowna mieszanka białkowa, czyli tuńczyk w zalewie z puszki, biały twaróg z odrobiną jogurtu greckiego, poszatkowany szczypior i czerwona cebulka. Do tego sól i pieprz. Pyszne, sycące jak diabli, samo białko – idealne danie energetyczne i odchudzające, świetne 2 godziny przed jakimkolwiek sportem. Drugi wynalazek – Mozzarella w kanapkach, zamiast masła, sera, majonezu i wszelkich innych tłuszczy. Trzeci wynalazek – tatar z łososia. Może być łosoś z Lidla, byle świeży. Szatkujemy, do tego odrobina oliwy i drobno posiekanego szczypiorku z dymki. Oczywiście wkrapiamy też dużo cytryny. Plus sól i pieprz.

Minusy. Bolą mnie kurwa stawy!!! Boli jak się kładę, boli jak wstaję, boli jak ćwiczę i tylko po ćwiczeniu nie boli, bo adrenalina wytłumia ból.

Stan ducha – jest dobrze. Była oczywiście cała masa potknięć, ale nie biczuję się nimi. Chyba zaczynam być sam dla siebie lepszy.

Uwielbiam prostotę pracy fizycznej. Najbardziej to, że jest ona zaprzeczeniem złożoności życia codziennego, zawodowego, uczuciowego, rodzinnego. Nie ma w niej rywalizacji, próby sił. Każdą pracę da się wykonać, to tylko i wyłącznie kwestia czasu. Ostatnio oglądałem na YouTube filmiki o murowaniu szamotem. Kusi mnie żeby rozebrać beznadziejnie wymurowaną wędzarkę i zrobić wszystko od początku samemu. Wiem że choć murowałem w życiu tylko kilka razy, zrobiłbym to lepiej niż gość, który to zrobił kilka lat temu.

Z prac, które są w moim zasięgu, najbardziej lubię rąbać drewno. Zawsze inspirowała mnie myśl, że akurat rąbanie drewna jest taką czynnością, która naprawdę nie uległa ewolucji przez tysiące lat. Od zawsze siekiera wygląda tak samo, zmienia się najwyżej materiał, z którego jest wykonana. Ale sama czynność jest chyba tak samo pierwotna jak ogień.

Brakuje mi ognia. Dobrze że zaczyna się jesień. Lada moment pierwszy raz rozpalę piecyk w domu. Nie mogę się doczekać.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Dobra zmiana

Zbliżam się powoli do mojego absolutnego rekordu wagowego, czyli 118 kg. W poniedziałek na wadze wybiło 116,9 kg i mam solidne podstawy, żeby sądzić, że to nie jest problem z wagą. Postanowiłem upamiętnić ten moment i zrobić z niego taki milestone mojego dorosłego życia. Chcę koniecznie uwiecznić dokładnie tą chwilę – nie tylko „dane techniczne”, ale przede wszystkim mój stan ducha. Tak, to chyba właściwe określenie.

Wiele razy już sobie robiłem takie przełomowe postanowienia, stawiałem w życiu cezury, które miały zamieść pod dywan lata złych nawyków i cudownie wprowadzić moje życie w epokę pogłębionej świadomości, zdrowia i ciała atlety. Celowo piszę o moim życiu w oderwaniu ode mnie, bo za każdym razem właśnie w tym pogrzebana była bezsensowność całego przedsięwzięcia. Ja tego nie robiłem nigdy dla siebie. Robiłem to dla rodziców, którzy się martwili, dla kobiet, za którymi się uganiałem, dla kierowników, żeby lepiej wyglądać w obiektywie kamery. A dla siebie… no cóż, nie oszukujmy się… dla siebie to ja wpierdalałem aż mi się uszy trzęsły. Po latach doszukiwania się jakiegoś głębszego podtekstu psychologicznego stwierdzam, że za faktem, że wpieprzam potężne ilości jedzenia wszelakiego kryje się jedynie szczera miłość do smaków. Obecnie może jeszcze powiększony żołądek, który w tej chwili jest już przystosowany do przemysłowego przetwarzania żywności.

Na początek obiektywne fakty. Mam 187 cm, ważę 116,9 kg. Współczynnika BMI nie ma sensu nawet obliczać, lepiej też nie zadręczać się stanami chorobowymi, związanymi z tym przedziałem otyłości. Według WHO moja waga normalna (nie idealna, tylko normalna!) kończy się na (sic!) 87,4 kg. Nie będę sobie ustalał takiego celu, bo to droga do dużego rozczarowania. Moim celem jest zejście do dwóch cyfr. A zatem 17 kg do zrzucenia.

Zastanawiam się, jak najlepiej opisać mój stan ducha. Nie jestem przybity, nie mam zapędów depresyjnych ani autodestruktywnych, uważam moje życie za umiarkowanie szczęśliwe, choć toczące się bez większego celu. Na tą chwilę nie uważam również, aby większy cel był mi do czegoś potrzebny. Krótko mówiąc, nie czuję, abym zajadał jakieś smutki czy problemy. Patrząc historycznie jestem chyba u szczytu pewności siebie i samczo-dobrego poczucia. Z jakiegoś względu, jakby na przekór temu, co zawsze sam o sobie myślałem, płci przeciwnej najwyraźniej nie przeszkadza moja waga, kobiety autentycznie do mnie lgną. Czasem myślę, że może to mieć związek z pracą, stanowiskiem, rozpoznawalnością w firmie, ale chyba nie. Mam przynajmniej nadzieję, że nie. Aż takiej kariery jeszcze nie zrobiłem. Na pewno wpływ na to ma też czas i nieuchronne dystansowanie się do wszystkiego. Pewność siebie to zawsze w pewnym stopniu pochodna umiejętności odcięcia się od potencjalnych problemów, zagrożeń, konsekwencji niepowodzeń. Mi to ostatnio wychodzi nader dobrze.

Fizycznie nie jest niestety już tak kolorowo. Mam problem ze spaniem, a nawet jak uda mi się jakoś sensownie zasnąć i przespać noc, rano budzę się obolały i niewyspany. Wiem, że to tak nie działa, ale czuję się zupełnie jakby zbyt ciężkie elementy mojego ciała naciskały na inne części ciała i prowadziły do ogólnego „posiniaczenia”. Do problemów ze stawami kolanowymi się już przyzwyczaiłem. Autentycznie nie pamiętam sytuacji, żeby po siatkówce, bieganiu, a nawet basenie, nie bolało mnie przynajmniej jedno z kolan. Ale to mi serio nie przeszkadza, to nie są bardzo uciążliwe dolegliwości. Najgorszy jest ciągły brak energii i poczucie zmęczenia. Zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem nie mam jakiegoś choróbska. Było nie było, trochę się przez ostatni rok szlajałem… Ale kwitek z RCK mówi, że jestem czyściutki jak łza. Więc problem musi leżeć w kilogramach. Bardzo dużym problemem jest też w tej chwili pocenie się. Pocę się praktycznie przy każdej aktywności. Wchodzenie po schodach, grabienie liści, koszenie trawnika – to wszystko nie są ciężkie prace, a ze mnie cieknie jak z konewki. I przede wszystkim czuję się po prostu słaby. Brak mi fizycznej siły. Moje ciało potrzebuje dużo więcej czasu, żeby się „rozkręcić”. Ostatnio doświadczyłem tego, obkopując mur piwniczny. Chyba najcięższa możliwa praca – wykopywanie szpadlem gliny wymieszanej z gruzem. Ja lubię taką prostą, ciężką, fizyczną robotę, jednak już na samym początku dostałem zadyszki a pot lał się ze mnie tak, że zalewał mi okulary. Dopiero po godzinie pracy organizm wszedł na obroty, przestał się tak wylewnie pocić, przestałem też odczuwać zmęczenie.

Bieganie w tej chwili jest dla mnie praktycznie niemożliwe. Oczywiście biegam 1-2 w tygodniu, ale to jest bardziej droga krzyżowa. Z przystankami, upadkami i męczeństwem. W tej chwili dystans 3 km muszę rozkładać na dwie raty. Większe dystanse są niemożliwe.

Basen idzie mi dobrze, właściwie nic się tu nie zmieniło. W 36 minut przepływam spokojnym tempem 50 długości.

Zupełnie odpuściłem kalistenikę i marzenia o crossficie. Nie mam na to zwyczajnie siły, a w przypadku crossfitu dodatkowym problemem jest potężne obciążenie kolan. Wrócę do tego po zejściu poniżej 100 kg.

Jeżdżę sporo na rowerze. Widzę jednak, że nawet dystanse na poziomie 15-20 km nie wpływają jakoś diametralnie na moje ciało, wagę i wydolność. Rower może być najwyżej uzupełnieniem diety i ćwiczeń siłowych.

Wszystko to wpływa oczywiście na bardzo praktyczne aspekty mojego życia, takie jak choćby garderoba. Po ostatnim remanencie doszedłem do tego, że mam w garderobie 5 garniturów, z których żaden już na mnie nie pasuje. Mam jeden, granatowy, który będzie dobry poniżej 110 kg. Kolejny, również granatowy, będzie dobry najwcześniej przy 105 kg. Ale na tym mi jakoś specjalnie nie zależy, zawsze miał zbyt intensywny kolor, a do tego jest już naprawdę mocno sfatygowany. Potem są dwa zajebiste garnitury, jeden szary, drugi granatowy, które będzie mógł nosić w przedziale 95-100 kg, ale one już mają na sobie baaaaaardzo dużo kurzu… Oprócz tego mam w szafie takie białe kruki, jak śliczne, nierozpakowane koszule z Peek&Cloppenburg, które kupiłem wiele lat temu, gdy po 4 miesiącach Dukana zszedłem do 93 kg. Ale nie zakładam raczej, że kiedykolwiek je założę.

Na tą chwilę tak naprawdę nie mam w czym chodzić. Zostały mi dwie białe koszule i dwie koszule w kratki, z czego jedna to praktycznie spadochron z wszytymi rękawami.

W ramach ćwiczenia dyscypliny postanowiłem ważyć się tylko raz w tygodniu, w poniedziałek rano. Autentycznie mam problem z tym, żeby nie sprawdzać wagi codziennie, rano i wieczorem. A to cholernie demotywujące na dłuższą metę. Anywayz… od poniedziałku 5 września zacząłem działać. Mam w sobie niestety mój płomienny zapał, który nieuchronnie zwiastuje porażkę wszelkich przedsięwzięć. Ale staram się z nim walczyć 🙂

Opublikowano Uncategorized | 4 Komentarze

.

Wczoraj po długiej przerwie znowu przyśniła mi się Wróżka. Nie wiem czemu mi się to wciąż przytrafia, nawet po tylu latach. Obudziłem się w poczuciu cholernego, dojmującego smutku. Ciężko to nazwać tęsknotą, to nie jest też żal, czy złość. Właśnie smutek. Coś takiego zaszło we mnie te kilka lat temu, co sprawiło że dotąd nie odzyskałem części siebie, która została w tamtym okresie. Z Wróżką. Prawdę mówiąc to dość żałosne… Przez moje życie przewijają się kolejne kobiety, którym nie potrafię zaoferować pełni. A brakuje właśnie tych najcenniejszych kilku pierwiastków, przez które wciąż potrafię się czasem obudzić nad ranem z niewytłumaczalnym poczuciem braku.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Dziadek łączy się z Mocą

Mojemu dziadkowi zbiera się na umieranie. Są różne symptomy, ale najważniejszy jest taki, że przestała mu smakować wódka.

Jeżeli ma się 90 lat, to naturalnym jest, że codzienności zaczyna towarzyszyć widmo śmierci. Rozważania o śmierci zaczynają kształtować sposób myślenia, a sam zainteresowany i jego otoczenie przygotowuje się na najgorsze. I choć najgorsze jest niby właśnie to „najgorsze”, to nawet nie zauważamy, że samo oczekiwanie na „najgorsze” staje się właśnie najgorsze. Bo trzeba wykupić miejsce na cmentarzu albo zastanowić się, jak poprzesuwać dotychczasowych lokatorów rodzinnej mogiły. Bo trzeba pomyśleć, co z mieszkaniem i meblami. Bo trzeba by może spróbować pościągać rodzinę w takie nadplanowe odwiedziny, które dodatkowo trzeba jeszcze uzasadnić inaczej niż w celu pożegnania się. Umieranie trzeba jednym słowem zaplanować.

Dla mnie ta cała sytuacja jest przede wszystkim irytująca. Nie lubię za bardzo mojego dziadka. Zawsze był dla mnie najbardziej ponurym, zgryźliwym i egoistycznym typem, jakiego miałem w rodzinie. Nie wiem, czy przypadkiem również jakiego znałem. Od najmłodszych lat mnie nie lubił, za to ostentacyjnie lubił mojego brata. Nie żeby mnie to jakoś styrało psychicznie, ale to mnie zastanawia po prostu – co robiłem nie tak, mając zaledwie kilka lat? Nie byłem złym dzieciakiem, a dziadka bałem się tak samo, jak wszystkie inne dzieci w rodzinie. Z drugiej strony w jakiś taki podskórny sposób szanuję tego człowieka – trzeba mieć naprawdę wyjebane na otoczenie, żeby na przykład ostentacyjnie faworyzować jedno dziecko i tyrać drugie.

To w ogóle niesamowity typ. Naprawdę nie pamiętam za bardzo niczego miłego z jego strony. Może było, ale wyparłem, choć chyba nie. Do tej pory jedyne historie i sytuacje, które go bawią, to opowieści jak pił wódkę z wszystkimi możliwymi mieszkańcami powiatu, przy czym część bohaterów tych opowieści nie przeżyła. Bo na przykład wracał dziadek z kolegą 11 km na mrozie na rowerze i jak dotarł do domu, to się zorientował, że jest sam. A kolegę znaleźli dopiero rano w polu.

Dziadek zawsze szczycił się tym, że przeżył większość swoich znajomych. Trochę jakby wygrywał jakiś wyścig i pokonywał kolejnych zawodników. Jednocześnie też wiem, że się panicznie, chyba nawet tak w kategoriach czysto dziecięcych, boi śmierci. Nie wiem tylko, czy ten lęk wynika z doświadczania przemijania, czy może raczej z jakichś jego obaw o osądzenie po śmierci.

Staram się spojrzeć na tego człowieka obiektywnie. Bardzo łatwo stwierdzić, że się kogoś nie lubi, jeśli się ma za co go nie lubić. A ja mam. Poza tym takie ostatnio mam podejście – oceniam ludzi po czynach, nie po tym co gadają albo chcieliby robić, tylko im nie wychodzi. Myślę, że mój dziadek może być przypadkiem człowieka głęboko rozczarowanego absolutnie każdym aspektem życia, któremu być może zabrakło intelektu i czyjejś heroicznej chęci, żeby mu pomóc dojść do jakichś przemyśleń/refleksji i spróbować coś zmienić w życiu. Może być też tak, że dziadek po prostu nie lubi ludzi. To by w sumie wiele tłumaczyło.

Najlepszym (bo nie moim) podsumowaniem całej tej opowieści jest chyba fakt, że babcia umierając w 1997 roku powiedziała zaufanej ciotce, że jej ostatnią wolą jest, aby w grobie w którym zostanie pochowana, nigdy nie pochowano jej męża… A ja moją babcię uważam za osobę świętą za życia.

W mojej rodzinie panuje maniera oswajania takich zjawisk komentarzami typu „dziadek chyba niedługo połączy się z Mocą”. Lubię moją rodzinę za takie głupoty 🙂

Opublikowano Uncategorized | 1 komentarz

Niespełnienie

Oglądałem dziś finał turnieju siatkarskiego w Berlinie. Francja po rozegraniu piekielnie dobrego meczu uległa podnoszącej się ze zgliszcz reprezentacji Rosji. Ale to Francja błyszczała, za sprawą młodziutkiego przyjmującego, Ngapetha. Chłopak ma zaledwie 193 cm wzrostu, co oznacza, że na swojej pozycji gra przeciwko graczom wyższym od niego średnio o 10-15 cm. Co z kolei oznacza, że aby im dorównać i być od nich dużo lepszy, musi o te 15 cm wyżej skakać, musi być o klasę szybszy, musi mieć instynkt zwierzęcia i inteligencję myśliwego.

Nie wierzę za bardzo w talent. Zawsze mi powtarzano, że mam talent do różnych rzeczy. Gdy byłem małym dzieckiem, mówiono to z nadzieją i dumą. Gdy dorastałem, mówiono to z pewną przekorą i cynizmem, żeby mi przypomnieć, że talent to nie wszystko, ważniejsza jest praca. Mówiono mi w ten sposób, że jestem leniwy. Teraz o moich talentach słyszę rzadko, na zasadzie jakiegoś echa, wspomnienia starych dobrych czasów. I ilekroć widzę takiego człowieka jak Ngapeth, który jest najlepszy wbrew wszelkiej logice, zastanawiam się – ile trzeba mieć w sobie zaparcia, żeby się kimś takim stać? Jak bardzo trzeba być przeświadczonym o swojej wyższości nad innymi? O możliwości sukcesu.

Brakuje mi tego właśnie. To jest przyczyna moich porażek, upadków, mojej niekonsekwencji – boję się sukcesu. Boję się awansować w firmie na stanowisko, które mi proponowano już kilkakrotnie, boję się prawdziwie zaangażować w jakiś związek, boję się porozmawiać na imprezie z nieznajomą kobietą, zamiast wychlać 0,7 l whisky i obrzygać co drugą latarnię, wracając w ciemnościach do pustego domu. Boję się napisać coś wartościowego, zamiast pisać te skrawki dla grona anonimowych czytelników. Boję się być szczupły, przystojny, niezgarbiony. I tak ucieka dzień za dniem. W niedorzecznym lęku przed osiągnięciem swojego potencjału. To nie jest nieskończona droga. To nie jest ciągły proces. Nie kurwa, to jest proste jak tabliczka mnożenia. Zaczynasz, wyznaczasz sobie czas, realizujesz plan, docierasz do końca – i tyle.

Jestem dziś bardzo zły na siebie. Zaraz wpadnie sąsiad i jebniemy pół litra. Sąsiad też jest na coś zły. Piękna scena: „Oda do bezradności”.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz